Operowy seans spirytystyczny. „Goplana” w Teatrze Wielkim Operze Narodowej.

„Artyści to także rodzaj widm, tylko tu, na ziemi.” Tym cytatem z dramatu Witkacego „W małym dworku” najkrócej można by streścić spektakl „Goplana” Władysława Żeleńskiego, który miała swoją premierę w przedostatni weekend października 2016 roku w Teatrze Wielkim Operze Narodowej w Warszawie. Obsada opery, wyreżyserowanej przez Janusza Wiśniewskiego, który jest jednocześnie autorem scenografii i kostiumów, stała się bowiem częścią mrocznego spektaklu. Czołowi polscy śpiewacy operowi wcielili się w istoty ze świata duchów i demonów w opowieści, gdzie świat śmiertelników przenika się z tym nadprzyrodzonym. Czy zdołali oczarować publiczność?

„Goplana” oparta jest na historii doskonale znanej w polskiej kulturze. Za kanwę libretta Żeleńskiemu posłużyła „Balladyna” Juliusza Słowackiego, tragedia w iście szekspirowskim stylu. A więc klasyka literatury. Wielcy kompozytorzy niejednokrotnie sięgali właśnie do dramatów tworząc opery. Wystarczy wspomnieć chociażby o Verdim, którego „Makbet” czy „Otello”, oparte na tragediach Szekspira, do dziś chętnie wystawiane są na najsłynniejszych scenach operowych świata. Żeleński zatem postawił sobie poprzeczkę bardzo wysoko.

Na polskiej scenie „Goplana” nie pojawiła się od ponad 50 lat. Przez cały ten okres zmieniły się nie tylko wizje reżyserskie, coraz bardziej odbiegające od klasycznych oper, z akcją ściśle osadzoną w adekwatnych, historycznych realiach. Zmieniła się też publiczność i jej oczekiwania względem opery. Janusz Wiśniewski postawił na swobodę, nie umieszcając akcji w żadnej konkretnej epoce. Na scenie widzimy więc świat kompletnie nierealistyczny, artystów w strojach z różnych epok. Wszystko osadzone w dość minimalistycznej scenografii, gdzie dominuje czerń, subtelna gra świateł, mgła symbolizująca taflę Gopła, zaklętego jeziora.

Wizualnej oprawy spektaklu, z elementami zarówno horroru jak i groteski, mógłby pozazdrościć sam Tim Burton. Wielbiciele twórczości tego reżysera, zwłaszcza jego starszych filmów „Sok z żuka” czy „Gnijąca Panna Młoda” na pewno będą pod wrażeniem.
Poza solistami, odzianymi w średniowieczne szaty, wiktoriańskie suknie, bądź zbroje w jednolitych kolorach, na scenie roi się od statystów w rozmaitych kostiumach: od Chrystusa i świętych żywcem wyjętych ze średniowiecznych fresków, po mężczyznę do złudzenia przypominającego cesarza Franciszka Józefa z galicyjskich portretów. Reżyser stworzył barwny choć ponury tłum, przebierając chórzystów w kostiumy inspirowane malarstwem m.in. Van Gogha, Fra Angelico, czy cyklem grafik „Kaprysy” Francisco Goi. Jednakże, swą ilością i częstotliwością pojawiania się na scenie odwracają oni nieco uwagę od solistów. A przecież to właśnie soliści są tu najważniejsi.

Edyta Piasecka (sopran), gwiazda nie tylko warszawskiego Teatru Wielkiego, lecz także m.in. Opery Krakowskiej, wielka diva światowych scen operowych Małgorzata Walewska (mezzosopran), Wioletta Chodowicz (sopran), obecnie najczęściej obsadzana w głównych rolach solistka Teatru Wielkiego, czy czołowy warszawski tenor Rafał Bartmiński to prawdziwe perły w obsadzie. Z artystami tej klasy spektakl nie mógł się nie udać.
Uwagę skupiają na sobie zwłaszcza demonicznie ujmująca Edyta Piasecka w roli Goplany, nieszczęśliwie zakochanej, niebezpiecznej bogini jeziora oraz zjawiskowa, dostojna Małgorzata Walewska w przejmującej kreacji matki dwóch córek o diametralnie różnych osobowościach (Wioletta Chodowicz jako Balladyna i Katarzyna Trylnik jako Alina). Historia opowiedziana na scenie została zdecydowanie zdominowana przez postacie kobiece. Panowie, choć z przyjemnością słuchało się ich partii tenorowych (Rafał Bartmiński jako Grabiec i Arnold Rutkowski jako Kirkor) i barytonowej (Mariusz Godlewski – Kostryn), działali niemal wyłącznie pod wpływem mocy silnych kobiet, jak zresztą dzieje się w dramacie Słowackiego. Całość prowadzi do tragicznego finału, w operze ukazanego z należytym, wielkim patosem.

„Goplana” urzeka mistycznym, spirytualnym klimatem. Historia z klasyki polskiej literatury pióra mistrza Juliusza Słowackiego została opowiedziana na nowo, inaczej, bardziej mrocznie i odważnie. Jako niepokojąco piękna wizualnie produkcja z muzyką, która porywa i wywołuje w sercu nostalgię za czymś odległym, z dawna tłumionym, wręcz prastarym. Libretto może wydawać się nieco archaiczne i chwilami groteskowe, ale to niuanse na które widz może, a wręcz powinien przymknąć oko, by rozkoszować się muzyką. Tym bardziej, że śpiewają jedne z najpiękniejszych polskich głosów operowych.
„Goplana” przenosi publiczność do innego wymiaru. Do baśniowego świata, gdzie działają nadprzyrodzone moce. To spektakl, którego się nie zapomina.

Reklamy