Operowy marsz pogrzebowy. „Viva La Mamma” w Teatrze Wielkim w Łodzi.

„Od genialności do trywialności jest tylko jeden krok.” (Stanisław Ignacy Witkiewicz)

To wszystko smutne. To ogromnie smutne, gdy na afiszu pojawia się niezwykle rzadko wystawiana opera komiczna pióra niekwestionowanego króla belcanta, Gaetano Donizettiego, lecz zamiast inteligentnej farsy o środowisku artystycznym, otrzymujemy monumentalny obraz agonii. Agonii błyskotliwego humoru i dobrego smaku w teatrze operowym.

Świat śpiewaków, jaki jest, każdy widzi. W każdym micie o tyranizujących teatry operowe primadonnach, jest ziarnko prawdy. Niezależnie od epoki, choć w renomowanych instytucjach, takich jak Metropolitan Opera w Nowym Yorku czy La Scala w Mediolanie, czasy śpiewaczek-uzurpatorów przeminęły z wiatrem. Za życia Donizettiego było jednak inaczej.
Kompozytor postanowił utrzeć nosa rozkapryszonym divom, tworząc operę buffa pod tytułem „Stosowności i niestosowności teatralne”. Donizetti jest tu nie tylko autorem muzyki, lecz także libretta, opartego na dwóch sztukach Antonio Simone Sografiego. Pierwotnie wystawione jako jednoaktówka, dzieło odniosło spory sukces po prapremierze w Neapolu, w 1827 roku. Hector Berlioz, obecny na jednym z ponad dwudziestu przedstawień, tak opisywał swoje wrażenia: „W teatrze Fondo opera buffa grana jest z ogniem, dowcipem i werwą, które biją każdy teatr tego rodzaju. Kiedy bawiłem w Neapolu, wystawiano tam najbardziej zabawną farsę Donizettiego ‚Le convenienze teatrali'”.

Gdzie zatem podział się ogień w łódzkim spektaklu w reżyserii Roberto Skolmowskiego? Można odnalezć go chyba przede wszystkim w kolorze włosów głównej bohaterki, tytułowej Mammy (partia basowa) i jej córki, drugorzędnej śpiewaczki (według starej anegdoty teatralnej, dobrze słyszalnej najwyżej z drugiego rzędu). Zamiast dowcipnej satyry, otrzymujemy chaotyczny zlepek nieśmiesznych żartów, analogii do współczesnej Łodzi (ze sceny pada nawet nazwa dzielnicy Bałuty), gagów rodem z biesiady kabaretowej dla mas, boleśnie dosłownych zapożyczeń z popkultury (scena z bocianem z filmu „Seksmisja” Machulskiego), a nawet futurystycznych fantasmagorii (solista w stroju i fryzurze jednego z bohaterów filmu science-fiction „Piąty element” Luca Bessona). Wszystko przemielone przez maszynkę translatorską na język polski, w taki sposób, by brzmiało na wskroś współcześnie i swojsko. Brakowało tylko typowo łódzkich dialektów, ale i bez tego sugestia, że jest to spektakl dla ściśle określonej grupy widzów, była bardziej niż czytelna.

Spektakl rozpoczyna się projekcją kinową, zrealizowaną po amatorsku i nieporadnie, nakreślającą tematykę postapokaliptyczną. Enigmą jest, dlaczego reżyser przeniósł akcję do 2040 roku – czyżby współczesny Nostradamus przewidział jeszcze tylko 20 lat bytowania rodzaju ludzkiego na ziemskim padole? Jeśli z towarzyszeniem tak zinscenizowanych oper, jestem skłonna nie obrazić się o tę przepowiednię.
Dopiero po multimedialnym wstępie, na scenę wychodzą soliści, niczym trupy z szafy – każdy ma własną, odpowiadającą wizualnie jego osobowości. Czy też niczym nosferatu z sarkofagu, lub odkopane przez archeologów mumie. O werwie, zachwalanej przez Berlioza, nie ma tu mowy. Akcja toczy się powoli, chaotycznie, sprawiając wrażenie, że jeden solista usiłuje przyćmić swym magnetyzmem drugiego i tak w koło Macieju, do wymęczenia. A w zasadzie, do momentu, gdy pojawia się Agata, tytułowa Mamma (w tej partii znakomity bas buffo, Piotr Miciński). Suma summarum, jest to jedyna postać, która bawi, nie tylko aktorstwem – paradoksalnie, najbardziej naturalnym, choć jest to mężczyzna obsadzony w roli kobiecej – lecz także swobodą wokalną, śpiewem basowym okraszonym od czasu do czasu rozbrajającym falsetem. Oprócz Micińskiego, klasę trzyma niezmiennie Joanna Woś w partii Primadonny. I choć wybujałe ego i paskudny charakter jej bohaterki są tu wyolbrzymione do cna, nie sposób z nią nie sympatyzować i nie zachwycać się jej belcantową wirtuozerią. Joanna Woś pozostaje zjawiskowa nawet, gdy podrzuca ciasto na pizzę, czy dostaje tortem w twarz. Na uwagę zasługuje też Agnieszka Makówka w roli odtrąconej przez władze teatru mezzosopranistki, wyśmienicie portretująca czarne charaktery.

Jednakże, większości solistów, w efekcie uporu reżysera i jego awersji do napisów w teatrze operowym, niestety nie słychać. Nie słychać już w piątym rzędzie, choć śpiewają i recytują dialogi w języku polskim. Rodzi to pytanie o konieczność wykorzystania sztucznego nagłośnienia, lub też wspomnianych wyżej napisów. Wznieca marzenia o idealnej dykcji u każdego ze śpiewaków. Dla widza w podeszłym wieku lub dopiero zaczynającego przygodę z operą, zrozumienie tekstu staje się w tym momencie sporym wyzwaniem.

Spektaklu nie ratują przepiękne, barwne, zapierające dech w piersiach kostiumy, zaprojektowane przez piekielnie utalentowaną, młodą artystkę, Zuzannę Markiewicz. Ani monumentalna, bogata w detal scenografia (także jej projektu), imitująca przestrzenny teatr operowy z ozdobnym frontonem i hiperrealistyczną częścią zakulisową.
Pełne temperamentu i pikanterii, rytmiczne arie, kiełkują niczym kwiaty na ugorze, by za chwilę zostać ściętymi przez uporczywie wtrącane dialogi. Nadmiar tekstu mówionego spycha muzykę Donizettiego na dalszy plan. Reżyser serwuje nam tym sposobem spektakl przegadany, na którym trudno przez dłuższy czas skupić uwagę.
Muzyce nie pomaga też orkiestra pod batutą Marty Kosielskiej, pięknie prezentującej się za pulpitem i „wmanewrowanej” w akcję, co czyni z niej jedną z bohaterek przedstawienia. Dyrygenturze zabrakło energii i lekkości, jak gdyby Maestra wręcz bała się partytury. „Z pewną taką nieśmiałością” zaśpiewał także chór męski.

„Grać przeciwko widowni można tylko przez bardzo krótki czas: najczęściej do przerwy!”, żartował w jednym z wywiadów wybitny reżyser teatralny Erwin Axer. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, iż Roberto Skolmowski reżyserował właśnie przeciwko widowni i stworzył spektakl dla siebie. Wykreował na scenie rzeczywistość z perspektywy czysto indywidualnej, nie zadając sobie trudu by dotrzeć do widza, otworzyć mu przyjazne okno na operowy świat. I choć rozumiem koncepcję, iż artyści operowi żyją w swoim własnym, odizolowanym od problemów reszty universum, hermetycznym świecie, wcielenie pomysłu w życie nie sprawia, że wierzymy jego autorowi. Trudno o nić porozumienia pomiędzy reżyserem i widzem, gdy całość nosi znamiona wielkiej prowokacji. Choć można przypuszczać, iż Skolmowskiemu przyświecała podobna idea, co Witkacemu, który pisał w „Listach do żony”: „Nigdy nic złego nie zrobiłem bez prowokacji. Jestem zdolny nawet do wielkich poświęceń.”

Wielki finał z wysokim C. Gala Sylwestrowa w Teatrze Wielkim Operze Narodowej w Warszawie.

Jeśli celebrować koniec roku, to tylko w operze!… Czy jednak, nie? Wigilia Nowego Roku, ta jedyna noc, gdy wszyscy, niezależnie od wieku, wyznania, narodowości i między innymi także preferencji muzycznych, chcą się bawić. Dlaczego więc tak wąska grupa społeczeństwa wychodzi z założenia, że przy muzyce klasycznej dobrze bawić się po prostu nie da?
Opera od wielu dekad powszechnie kojarzona jest z patosem, martyrologią, podniosłą atmosferą, grobowymi minami na widowni i zwykłym, potocznie mówiąc, sztywniactwem. A przecież, opera potrafi pobudzać zmysły, wywoływać uśmiechy, bawić, porywać do tańca. Rozniecać aurę radości połączoną z uczuciami wyższymi, dumą, zachwytem, ekscytacją, duchowym uskrzydleniem i poczuciem doświadczania wyższej formy piękna.

Takich uczuć z pewnością doświadczyła publiczność zgromadzona na Gali Sylwestrowej Teatru Wielkiego Opery Narodowej, która w nocy z 2018 na 2019 rok odbyła się pod hasłem „Moniuszko w świecie bel canta”. Choć program koncertu nie zawierał tak zwanych operowych hitów, tych bardziej spopularyzowanych arii, wykonywanych namiętnie podczas koncertów karnawałowych. Kto więc nastawił się na wysłuchanie „Arii szampańskiej” z „Don Giovanniego” Mozarta, czy „Quando m’en vo” z „Cyganerii” Pucciniego, nie zaspokoił swoich oczekiwań. Otrzymał za to coś znacznie więcej.
Jak często mamy okazję wysłuchać w Polsce arii z „Córki Pułku” Donizettiego, „Purytanów” Belliniego, czy „Hrabiny” Moniuszki? Koncert w Teatrze Wielkim Operze Narodowej w reżyserii Jarosława Kiliana i pod batutą Grzegorza Nowaka okazał się wyśmienitym prezentem dla wielbicieli tych rzadziej wystawianych tytułów. I to z udziałem solistów nie tylko o znanych nazwiskach, lecz przede wszystkim o możliwościach wokalnych na najwyższym, międzynarodowym poziomie.

Twórcy koncertu postawili przede wszystkim na jakość. Tu każdy element był dopracowany, włącznie z czasem trwania koncertu, wyliczonym z matematyczną precyzją. Nie było mowy o bisach, nad czym osobiście odrobinę ubolewam, gdyż niektóre z wykonań były taką ucztą dla ucha, że chciałoby się ją przedłużyć.

Początek był dość zachowawczy, przewidywalny z racji nadchodzącego Roku Moniuszkowskiego i atmosfery Sylwestra. Arię Skołuby ze „Strasznego dworu”, która w założeniu miała nawiązywać do upływającego czasu przed końcem starego roku, wykonał młody obiecujący bas, Krzysztof Bączyk. Poprawnie, spokojnie, bez emocji.

Natomiast gdy na scenę wkroczyła Małgorzata Walewska w arii z trzeciego aktu „Hrabiny” Stanisława Moniuszki – „Zbudzić się z ułudnych snów” – momentalnie podniosło się ciśnienie na sali. Jej pełna temperamentu interpretacja idealnie wpasowała się w klimat współczesnych salonów Warszawy, choć geneza powstania opery sięga drugiej połowy XIX wieku i czasów Księstwa Warszawskiego, gdy życie towarzyskie ówczesnej arystokracji kipiało od plotek i intryg. Walewska nadała arii wymiar uniwersalny, pokazując, jak łatwo urażona duma i zawiedzione oczekiwania mogą przerodzić się w złość. Jak niedaleko jest od miłości do gniewu. I jak trudno tłumić w sobie tę mieszankę najsilniejszych uczuć w sytuacji publicznej. Aria ta jest jednym z najciekawszych kobiecych portretów psychologicznych w dorobku artystycznym Moniuszki.
W nieco podobnym klimacie utrzymana jest aria zaśpiewana przez Małgorzatę Walewską w drugiej części koncertu – „Jak będę królową”, z niedokończonej opery Moniuszki „Rokiczana”. Podobnym, bo również jest monologiem bardzo dumnej kobiety. Choć w przeciwieństwie do próbującej przełknąć gorzką pigułkę porażki Hrabiny, Rokiczana jest zdecydowanie nastawiona na zwycięstwo na niwie prywatnej i społecznej. I znów jest to przykład genialnej interpretacji, gdzie pewność siebie bohaterki idzie w parze z mocnym wokalem śpiewaczki.

Kolejna z wykonawczyń, Edyta Piasecka, pokazała dwa zupełnie różne oblicza w obu częściach koncertu. W pierwszej była smutną Julią z opery Vincenzo Belliniego „I Capuleti e i Montecchi”, której treść opiewa losy najsłynniejszych kochanków w dziejach literatury, szekspirowskich Romea i Julii. Przesycona tęsknotą aria „Oh! Quante volte” wymaga niezwykłej delikatności i wrażliwości interpretacyjnej, połączonych z kunsztem wokalnym, jakim Edyta Piasecka niewątpliwie dysponuje. Druga aria w jej wykonaniu, słynna Hanna ze „Strasznego dworu” była wielkim, żywiołowym popisem umiejętności śpiewaczych artystki, potwierdzając tylko jej status mistrzyni koloratur polskich scen operowych.

Włoska sopranistka Maria Agresta zaprezentowała się w stricte belcantowym repertuarze – dwóch ariach z oper Vincenzo Belliniego. Artystka zachwyciła publiczność Teatru Wielkiego zwłaszcza w arii Elviry z „Purytanów”, choć to na „Casta diva” z „Normy” wszyscy czekali najbardziej. W tym drugim wykonaniu, choć bardzo dobrym technicznie, nieco zabrakło pasji i ognia, czyniąc je odrobinę beznamiętnym i suchym.

Na wyróżnienie zasługuje udział Artura Rucińskiego. Polski baryton światowej sławy brylował na scenie w partii przebiegłego Malatesty z opery buffa „Don Pasquale” Gaetano Donizettiego. Zarówno solo, jak i w duecie „Cheti, cheti” z basem Krzysztofem Bączykiem, gdzie obaj panowie nie tylko zaprezentowali pełnię swych możliwości wokalnych na międzynarodowym poziomie, lecz także dostarczyli publiczności ogromnej rozrywki. To właśnie ten moment koncertu najbardziej prosił się o bis, o czym świadczyły niezwykle entuzjastyczne i długotrwałe owacje.

Jedną z największych muzycznych ciekawostek wieczoru była liryczna dumka Jontka „Szumią jodły na gór szczycie” w języku włoskim. Libretto przetłumaczył Giuseppe Achille Bonoldi, zaśpiewał zaś brazylijski tenor Matheus Pompeu, wykonawca partii Jontka we włoskojęzycznej „Halce”, której koncertowa wersja zainaugurowała 5 stycznia 2019 Rok Moniuszkowski. Z przyjemnością można było zasłuchać się w jakże pięknym frazowaniu i zachwycić południową, słoneczną barwą głosu śpiewaka.

Jednakże punktem programu, na który ja osobiście najbardziej czekałam, była aria Tonia „Ah! mes amis, quel jour de fete!” („Ach, przyjaciele, co za uroczysty dzień!”) z „Córki pułku” Gaetano Donizettiego. Uważana za najbardziej karkołomną arię tenorową ze słynnym, pojawiającym się aż dziewięciokrotnie wysokim C. Ponoć przyczyną porażki prapremiery w 1840 roku był właśnie tenor, nie będący w stanie sprostać wymaganiom wokalnym. Niedoścignionym w interpretacji był Luciano Pavarotti, którego po debiucie w partii Tonia na deskach londyńskiej Royal Opera House w 1966 roku okrzyknięto „Królem Wysokich C”. Warszawska publiczność natomiast miała przyjemność posłuchać włoskiego tenora Francesco Demuro. Zwycięsko wybrnął on ze wszystkich pułapek wokalnych, udowadniając, że warto intensywnie pracować nad techniką śpiewu, by podążyć w ślady Pavarottiego.

Koncert uatrakcyjniły także otwierające go i wieńczące partie baletowe w tradycyjnych kontuszach szlacheckich – Moniuszkowski polonez koncertowy A-dur oraz mazur ze „Strasznego dworu”. Warto w tym miejscu także wspomnieć o wspaniałej pracy chóru, który uświetniał zarówno wykonania solistów, jak i zaprezentował partie chóralne z oper „Łucja z Lammermooru”, „Don Pasquale”, Straszny dwór”.
Uroczysty nastrój podkreśliła piękna gra świateł oraz subtelne, stonowane kolorystycznie, minimalnie animowane wizualizacje multimedialne, idealnie współgrające z muzyką i nie rozpraszające uwagi widzów.
W tak miłym dla ucha i oka otoczeniu delektowanie się tradycyjną lampką szampana było podwójną przyjemnością.

Tak udany, wielki operowy finał 2018 roku, niczym wykwintny i wcale nie ciężkostrawny deser wieńczący ucztę, jest niewątpliwie dobrą wróżbą na nowy rok. Pozwolił rozsmakować się w muzyce i nabrać apetytu na jeszcze więcej belcanta i… jeszcze więcej Moniuszki, bo w końcu rok 2019 upłynie pod patronatem kompozytora, w dwusetną rocznicę jego urodzin. Artyści Teatru Wielkiego Opery Narodowej i zaproszeni goście udowodnili, że można przeżyć całą gamę pozytywnych emocji i doskonale się bawić przy operowym repertuarze. Z niecierpliwością czekam na kolejną galę sylwestrową.

 

 

Destrukcyjna siła miłości. „Anna Bolena” w Operze Krakowskiej.

Istnieje pewien odwieczny dylemat sceny operowej. Co jest bardziej istotne: artystyczna wizja i kreatywność, czy wierność pierwowzorowi? A może jedno i drugie? W jakich proporcjach? Wydaje się, że dodatkowy poziom trudności pojawia się, gdy reżyser ma do czynienia z operą o libretcie opartym nie o dzieło literackie (a te są bardzo liczne), lecz o historię. Na jak wiele można sobie pozwolić, by nie zatracić historycznego kontekstu, a jednocześnie uniknąć wtórności, banału i nudy?

Przed reżyserką Magdaleną Łazarkiewicz pojawiło się nie lada wyzwanie. Dotychczas znana przede wszystkim z dokonań w sferze filmowej, zrealizowała dwie inscenizacje operowe: „Pajace” i „Rycerskość wieśniaczą” w Teatrze Wielkim w Łodzi kilkanaście lat temu. Zafascynowana światem opery, podjęła się wystawienia „Anny Boleny” Gaetano Donizettiego na scenie Opery Krakowskiej, nie rezygnując przy tym ze swojego filmowego „ja”.

Wszyscy znamy tragiczną histrię Anny Boleyn, drugiej żony Henryka VIII, króla Anglii, który zapisał się na kartach historii nie tylko jako potężny władca i twórca kościoła anglikańskiego, lecz także krwawy tyran, ogarnięty obsesją spłodzenia męskiego potomka. Piękna, wciąż jeszcze młoda, ambitna, wykształcona kobieta, niesłusznie oskarżona o zdradę i stracona w Tower of London 19 maja 1536 roku poprzez ścięcie (nie toporem, a mieczem, jak czyniono ze szlachetnie urodzonymi). Kogóż nie wzruszają jej losy? Reżyserzy filmowi sięgali po ów temat nadzwyczaj często. Wystarczy wspomnieć film „Anna tysiąca dni” (1969) z niezapomnianym Richardem Burtonem w roli Henryka i Geneviève Bujold w roli Anny, niezwykle popularny serial „Dynastia Tudorów” (2007), czy jeden z nowszych filmów pełnometrażowych, „Kochanice króla” (2008), gdzie w rolę Anny wcieliła się Natalie Portman.

Opera Gaetano Donizettiego koncentruje się na ostatnich tygodniach z życia królowej. Widzimy więc kobietę rozgoryczoną, odtrąconą, zastraszoną, pełną podejrzliwości i rozpaczy. Anna Bolena tkwi w potrzasku nieudanego małżeństwa, z którym wiązała wielkie nadzieje. Przy czym bohaterka nie traci swego dostojnego, pełnego majestatu wizerunku. To bardzo wymagająca partia, zarówno wokalnie (włoskie belcanto) jak i aktorsko.

Na krakowskiej scenie można podziwiać dwie Anny – Karinę Skrzeszewską i Katarzynę Oleś-Blachę. Śpiewaczki, które zdecydowanie więcej dzieli niż łączy.
Anna Katarzyny Oleś-Blachy jest zafrasowana, trochę rozedrgana, z trudem panująca nad własnymi emocjami. Na jej twarzy wypisany jest smutek, który stara się bezskutecznie ukryć. To kobieta po przejściach, świadoma utraty swego dawnego blasku. Wzrusza zarówno jej postawa, jak i śpiew – emanujący rozpaczą i bólem.
Karina Skrzeszewska w partii Anny to uosobienie dostojnej heroiny. Jest królewska w każdym geście i spojrzeniu, przez co wydaje się być znacznie bardziej opanowana. Tym dotkliwiej przejmujące są momenty, gdy daje o sobie znać jej wybuchowy temperament i nadwrażliwość. Karina Skrzeszewska wykreowała na scenie postać niezwykle złożoną, dzięki czemu autentyczną, bliską każdemu z nas. Co więcej, zaśpiewaną z prawdziwą wirtuozerią. Włoskie belcanto w jej wykonaniu, na poziomie najlepszych europejskich teatrów operowych, to czysta rozkosz dla słuchaczy.

Giovanna Seymour, rywalka Anny, to również bohaterka emocjonalnie rozdarta. Brnąc coraz bardziej w romans z królem, niezdolna do okiełznania występnej miłości, która nią zawładnęła, nie potrafi tym samym uwolnić się od dręczących ją wyrzutów sumienia. Tę udrękę wspaniale pokazuje na scenie aktorsko rewelacyjna Karolina Sikora, partnerująca Karinie Skrzeszewskiej. Młoda, drobna śpiewaczka zapada w pamięć dzięki niezwykle emocjonalnej kreacji aktorskiej, a przede wszystkim imponującej sile głosu. Duety, które wykonuje wraz z Kariną Skrzeszewską to zachwycająca synteza, a nawet, ośmielę się napisać, symbioza dzwięków.
Wraz z Katarzyną Oleś-Blachą, w partii Seymour obsadzona została Monika Korybalska. Jej Giovanna jest zdecydowanie bardziej delikatna, dziewczęca, subtelna. Co doskonale kontrastuje z wizerunkiem Anny – dojrzałej kobiety po przejściach. Obie panie są jak ogień i woda. A przeciwieństwa przyciągają się nie tylko w życiu, ale również na scenie.

Na uwagę zasługuje także postać Smeatona. Partia spodenkowa dla mezzosopranu – młody śpiewak, zauroczony starszą od niego królową, w krakowskiej inscenizacji ma dwa oblicza: Olgi Maroszek i Wandy Franek. To postać, którą beznadziejna miłość doprowadzi do zguby nie tylko własnej, lecz także adresatki jego uczuć. A uczucia wprost wypływają ze śpiewu i ekspresji Olgi Maroszek. Jest w nich zarówno ciepło i namiętność, jak i lęk, a także przejmująca samotność. Smeaton Olgi Maroszek to wulkan emocji. W interpretacji Wandy Franek emocje są zdecydowanie bardziej utajone, z widoczną obawą przed konsekwencjami ich ujawnienia. Po raz kolejny więc mamy do czynienia ze zróżnicowaniem osobowości bohatera, co w obu obsadach dobrze sprawdza się na scenie.

Jak przy takim zestawie solistek wypadają panowie?
Henryk, a właściwie Enrico, ma dwie twarze: młodszą – Szymona Kobylińskiego i dojrzalszą – Volodymira Pankiva. O ile pod względem postury fizycznej Volodymir Pankiv jest zdecydowanie bliższy historycznemu pierwowzorowi, tak ekspresja zaślepionego przez własne namiętności, nadużywającego władzy mężczyzny, jest bardziej widoczna u Szymona Kobylińskiego.
Partia tenorowa – Lord Percy, pierwsza miłość Anny Boleny – z większą lekkością, swobodą i finezją zaśpiewana jest przez Andrzeja Lamperta (w obsadzie z Katarzyną Oleś-Blachą) niż Adama Sobierajskiego. Zadania nie ułatwia fakt, iż bohater to desperat. Pokazuje to na każdym kroku, chcąc odzyskać miłość Anny, którą przed laty utracił. Jest on, podobnie jak Enrico, mężczyzną podejmującym decyzje pod wpływem porywów własnej namiętności. Nie zamierza ukrywać miłości do głównej bohaterki, nie bacząc na konsekwencje. Pokazać to wszystko i do tego bezbłędnie wyśpiewać techniką włoskiego belcanta, to nie lada sztuka.

Inscenizacja, choć dotyka historycznych realiów, chociażby poprzez kostiumy projektu Marii Balcerek (niepozbawione jednak elementów współczesnych, widocznych między innymi w obuwiu męskiej części obsady, czy charakteryzacji – tatuażach), niewiele ma wspólnego z epoką renesansu. Scenografia jest bardzo oszczędna. Może nawet za bardzo, gdyż ogranicza się do trzech ruchomych ścian w ciepłej tonacji kolorystycznej (ugier złotobrunatny), podestu i tronu, który, być może celowo, nie sprawia wrażenia wygodnego. Na ścianach wyświetlane są ruchome wizualizacje, które sugerują emocje bohaterów, innym razem zaś scenerię, w jakiej rozgrywa się akcja. W ostatnim akcie pojawia się również klatka, jednak nie spełnia ona tak istotnej funkcji, jak chociażby ta ukazana w „Makbecie” w reżyserii Phyllidy Lloyd na scenie Royal Opera House w Londynie. Symbolika klatki jako miejsca egzekucji jest dość wątpliwa.
Zbędnym elementem są także pojawiające się jak w filmie, napisy. Od tytułu, poprzez dosłowne obwieszczenie zakończenia pierwszego aktu, aż po napisy końcowe, z wyszczególnioną jedną i drugą obsadą. Jakby widz miał jasno zapowiedziane, że to, co zobaczył na scenie, nie jest prawdziwe, to tylko film i czas wrócić do rzeczywistości. Zabieg ten nie pozostawia miejsca na relfeksję i ewentualny znak zapytania.
Co więcej, z filmem mamy do czynienia już od uwertury, podczas której rozgrywa się pantomimiczna scena w studiu filmowym i garderobie. Soliści są tu nikim więcej niż tylko aktorami. Z góry dając do zrozumienia: to nie dzieje się naprawdę. Koncepcja studia filmowego i garderoby nie jest zresztą niczym nowym na polskiej scenie operowej. Pojawia się także w „Erosie i Pysche” w reżyserii Barbary Wysockiej na deskach Teatru Wielkiego Opery Narodowej w Warszawie. A zatem, wtórność pomysłów.
Ascetyczna scenografia ma oczywiście swoje plusy. Pozwala skupić uwagę na solistach i chórzystach, na ich śpiewie i aktorstwie. W czym dodatkowo pomocne byłoby mniej sztampowe oświetlenie. Czego niestety zabrakło.

Całość broni się nie tylko dzięki umiejętnościom wokalnym i aktorskim solistów, lecz także orkiestrze poprowadzonej przez maestro Tomasza Tokarczyka oraz chórowi Opery Krakowskiej. Pod batutą tak doświadczonego dyrygenta, muzyka Donizettiego brzmi świeżo, żywiołowo i energicznie.

Można przymknąć oko na niuanse, jeśli potraktujemy całość jako miłosną tragedię. Koncentrując się na relacjach pomiędzy bohaterami, ich namiętnościach, które zamiast budować, niszczą. Gdzie każda wyśpiewana fraza jest deklaracją miłości i bólu. Czy widz w tę miłość i ból uwierzy – pozostawiam to do indywidualnej interpretacji. Pamiętając jednocześnie, że belcanto czyni cuda i kruszy nawet najtwardsze serca.

Premiera odbyła się 25 maja 2018 roku.

„Anna Bolena” – wprowadzenie plastyczne.

Przed premierą „Anny Boleny” Gaetano Donizettiego w Operze Krakowskiej (25.05.2018).

Najbardziej znanym malarzem rodu Tudorów był Hans Holbein Młodszy (1497-1543), bawarski portrecista. Dziś, przez krytyków sztuki nazywany jest wręcz malarzem propagandowym, gdyż bez jego plastycznego geniuszu i imponującej produktywności, Henryk VIII i jego dwór nie zyskaliby tak ogromnej popularności.

Niewiele o nim wiadomo, nim przybył do Anglii w wieku lat trzydziestu. Wcześniej zajmował się głównie ilustrowaniem katolickich tekstów religijnych. Tworzył w Bazylei, gdzie również mieszkał, odbył też podróże do Mediolanu i Lyonu. Jego ówczesne dzieła malarskie nie przysporzyły mu jednak popularności poza granicami jego ojczyzny.
Za to portrety jakie namalował na dworze Henryka VIII uczyniły go jednym z najsłynniejszych malarzy epoki renesansu. W 1532 roku otrzymał oficjalny tytuł nadwornego malarza angielskiego króla.

Nie bez powodu nazywa się go dziś malarzem propagandowym – miał bowiem tendencję do nadmiernego upiększania i idealizowania portretowanych postaci, za co jedni obsypywali go złotem, inni zaś krytykowali.

Podobno namalował Annę z Cleves tak piękną, że Henryk VIII zdecydował się poślubić ją gdy tylko ujrzał portret i zanim spotkał swą wybrankę na żywo. Do zaślubin doszło per procura i gdy Anna ostatecznie przybyła na dwór Henryka, rozczarowany monarcha nie zdecydował się na skonsumowanie związku. Co najprawdopodobniej uratowało jej życie, gdyż małżeństwo anulowano po niedługim czasie. Królowa uniknęła krwawego topora i spędziła resztę życia w spokoju i dostatku. Otrzymała liczne posiadłości, w większości których nawet nigdy nie mieszkała i do końca jej dni pozostała w przyjaznych relacjach z Henrykiem VIII.

Angielski monarcha na portretach Holbeina miał być uosobieniem siły, spokoju, majestatu, okazem zdrowia, o regularnych rysach, budzący podziw, respekt i miłość poddanych.
Na obrazach poniżej:
Anna Boleyn (szkic)
Jane Seymour (olej na desce)
Anna z Cleves (olej na desce)
Domniemany portret Katarzyny Howard
Henryk VIII około 1537 r.
Henryk VIII około 1540 r.

„Anna Bolena” w Operze Krakowskiej – fotorelacja z konferencji prasowej.

Konferencja prasowa dotycząca najnowszego spektaklu Opery Krakowskiej, „Anny Boleny” Donizettiego w reżyserii Magdaleny Łazarkiewicz.
Premiera odbędzie się 25 maja 2018 roku.

W konferencji wzięli udział:
Odtwórczynie partii tytułowej, solistki Karina Skrzeszewska i Katarzyna Oleś-Blacha
Reżyserka Magdalena Łazarkiewicz
Dyrygent Tomasz Tokarczyk
Projektantka kostiumów Maria Balcerek
oraz dyrektor Bogusław Nowak