Ironia i sarkazm tańczą tango. „Kandyd” w Operze Krakowskiej.

„Optymista twierdzi, że żyjemy w najlepszym z możliwych światów, a pesymista obawia się, że to prawda.” (James Branch Cabell)

Czy nasz świat jest doskonały? Czy rzeczywistość, w której kontynuujemy naszą egzystencję, jest najlepszą, jakiej możemy doświadczyć i na jaką zasługujemy? A jeśli, cytując Szekspira i jego „Burzę”, „piekło jest puste, wszystkie diabły są tutaj”? I nasze „tu i teraz” jest najgorszym z możliwych wariantów, tylko, że lepszych po prostu nie ma? Czy nadzieja jest przysłowiową „matką głupich” i czy zło, które nas dotyka, jest nieuniknione? Czy prawdziwym jest powiedzenie „jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o swoich planach”? Setki pytań i tyleż samo filozofów, poszukujących odpowiedzi.

Voltaire nie miał złudzeń. Jego „Kandyd” jest ostrą satyrą wymierzoną we wszystkich niepoprawnych optymistów, w szczególności zwolenników filozofii Leibniza. Satyryczna nowela epoki oświecenia, nazywana przez polonistów „powiastką filozoficzną”, została zainspirowana autentycznymi wydarzeniami, takimi jak trzęsienie ziemi w Lizbonie w 1755 roku, czy Wojna Siedmioletnia (1756-63). Śmiały język literacki i jeszcze śmielsza, gorsząca jak na jego czasy (a nawet dla niektórych także współcześnie) fabuła.

Leonard Bernstein miał ogromne poczucie humoru, decydując się zamienić to przesiąknięte katastrofizmem i perwersją dzieło w operetkę komiczną, nazywaną też musicalem. Współpracował z kilkoma librecistami, samemu będąc jednocześnie autorem niektórych tekstów piosenek. Prapremiera w 1956 roku nie została jednak odebrana pozytywnie. Głównej librecistce, Lillian Hellman, zarzucano zbyt poważny język, kontrastujący z muzyką Bernsteina. Po jej śmierci w 1988 roku kompozytor dokonał kilku korekt i finalną, znaną dziś wersję „Kandyda”, wykonano koncertowo pod jego batutą rok pózniej w Londynie.

Kraków otrzymał niebanalny prezent w postaci spektaklu w reżyserii Michała Znanieckiego. Inscenizację, która stawia wszystkie wartości do góry nogami, „śmieszy, tumani, przestrasza”, puszcza oko do widza i zmusza do zastanowienia się nad sensem życia. O, ileż filozofii w rozrywce i rozrywki w filozofii!
I choć ze sceny nie pada zdanie, iż jedna z bohaterek, Old Lady, jest córką polskiego papieża (co wyraznie zaznaczone jest przez narratora we wspomnianym wyżej, londyńskim wykonaniu), mamy do czynienia z odważnym przedstawieniem adresowanym do widzów o specyficznym poczuciu humoru. Bardziej zdewociała publiczność może nawet mówić o obrazoburczym spektaklu, co tylko działa na jego korzyść.

Porządna dawka absurdu jest tu wprost zniewalająca. Mamy zatem na scenie żwawo podskakujący balet w czarnych, szpiczastych kapturach inkwizycji w Lizbonie, wesołe, roztańczone niewiasty w purytańskich szatach, fruwające to tu, to tam wnętrzności, zasugerowane czerwonymi wstęgami, pląsy biskupa i rabina w rytmie walca, bezczelnie zabawne analogie do sytuacji współczesnych, takich jak pożar katedry Notre Dame w Paryżu. Absolutnym hitem jest balet przywiązanych do drewnianych pali „niewiernych” skazańców w Republice Jezuickiej. Zaś scena tanga gubernatora Buenos Aires z transwestytą z różą w zębach nawiązuje do komedii Billy’ego Wildera „Pół żartem, pół serio”, gdzie jeden z bohaterów wypowiada słynną kwestię „Nikt nie jest doskonały”.

Wszystko rozgrywa się wśród regałów z książkami, które krakowianie sami dostarczyli do opery z własnych, prywatnych zbiorów. Są one elementem scenografii autorstwa Luigiego Scoglio, słynącego z kreatywności i bardzo odkrywczych rozwiązań scenicznych. Tym razem nie było inaczej, choć inscenizacja chwilami nacechowana jest naiwnością i prowizorką, jednak bezsprzecznie dostrzegalna jest celowość tych zabiegów.
Kostiumy zaprojektował sam Michał Znaniecki, inspirując się rycinami ilustrującymi dzieło Voltaire’a. Przeważa czerń i biel, panie noszą wysokie, białe peruki, których nie powstydziłaby się sama Maria Antonina. Tylko Kandyd ubrany jest współcześnie, zawieszony w próżni, uwięziony w perpetuum mobile serii niefortunnych zdarzeń.

Miałam przyjemność podziwiać na scenie Opery Krakowskiej dwie różne obsady. I tak oto, postać Kandyda w interpretacji Łukasza Gaja wypada bardziej serio, bardziej „operowo” i dość zachowawczo. Natomiast Wojciech Sokolnicki dodał swojemu bohaterowi trochę musicalowego luzu. Jego aktorstwo jest naturalne i swobodne. Katarzyna Oleś-Blacha jako Kunegunda śpiewa całą sobą i prezentuje się przezabawnie. Solistka obdarzona jest dużym talentem komicznym, który wykorzystała tu bardzo umiejętnie. Kunegudna Joanny Moskowicz ma w sobie dużo wdzięku, zmysłowości, lisiego sprytu. Dodatkowym atutem solistki jest przyprawiający o dreszcz sopran koloraturowy. Artystka bawi się swoim głosem i tworzy magię na scenie, zwłaszcza w popisowej arii „Glitter and be gay”, którą publiczność nagrodziła długimi brawami. Wcielenie Olgi Maroszek w postać Old Lady jest śmiałe, zadziorne, wręcz drapieżne. Ta młoda mezzosopranistka dała się poznać od strony musicalowej, w której doskonale się odnalazła. Old Lady Małgorzaty Walewskiej jest bardziej dystyngowana i chłodna, sypiąca gorzką ironią jak z rękawa, rozbrajająco zdystansowana do swojej własnej, niebanalnej historii. Jej interpretacje wokalne pozostały w duchu operowym i choć w samochwalczej piosence „I am easily assimilated” zabrakło odrobiny pazura, Walewska pokazała swoje inne niż dotychczas, bardziej komediowe oblicze. Przed Hubertem Zapiórem i Bartłomiejem Misiudą, wykonawcami partii Maksymiliana, postawiono zadanie bardziej choreograficzne niż wokalne, które obaj zinterpretowali na swój sposób. U Zapióra nie sposób nie dostrzec ewidentnej przesady i celowej karykaturalności w kontraście do nieco bardziej zrównoważonej kreacji Misiudy. Na uwagę zasługują także: Krzysztof Kozarek jako Gubernator (praktycznie nierozpoznawalny pod charakteryzacją, i jego piękna artykulacja anglojęzycznego tekstu, najwyrazniejsza z całego męskiego grona solistów) oraz Michał Kutnik jako demoniczny, palący książki, ogarnięty furią Marcin, uosobienie pesymizmu.

Czy coś mogłoby zakłócić ten korowód barwnych postaci i malowniczych destynacji? Chyba czynnikiem najbardziej działającym na niekorzyść spektaklu jest postać narratora – Voltaire’a. W obu obejrzanych przeze mnie spektaklach zagrał go dziennikarz Sławomir Mokrzycki. Jego monotonny głos, relacjonujący to, co wydarzyło się na scenie, a także cywilny, współczesny ubiór pośród widowiskowych kostiumów, zaburzają rytm przedstawienia. Narracja Mokrzyckiego brzmi jeszcze mniej emocjonalnie niż telewizyjnego lektora, co odcina się w dość irytujący sposób od całokształtu kipiącej sarkazmem, wartkiej opowieści.

Kolejnym problemem jest kwestia językowa. Osobiście nie przeszkadzały mi polskie dialogi i śpiew w języku angielskim (w kwestii wymowy i akcentu poszczególnych solistów, jako dyplomowany anglista pozwolę sobie na sugestywne milczenie). Natomiast „tłumaczenie” okazało się mylące i wprowadzające spory chaos. Napisy wyświetlane w operze nie były bowiem wiernie przetłumaczonymi anglojęzycznymi piosenkami, lecz polskim tekstem dopisanym do poprzednich inscenizacji „Kandyda”, m.in. tej z Teatru Wielkiego w Łodzi w reżyserii Tomasza Koniny. Tak oto, np. w piosence Old Lady ginie istotna wzmianka, że bohaterka urodziła się w części Europy zwanej Rovno-Gubernya, czyli mniej-więcej na terenach Wołynia, skąd z kolei pochodził ojciec Bernsteina. Najlepszym rozwiązaniem byłoby zatem, by nie czytać napisów, gdyby nie wyżej wspomniana przeze mnie wymowa u większości obsady.

Kierownictwo muzyczne objął Sławomir Chrzanowski, jednak poprowadził orkiestrę zbyt ciężko jak na broadway’owski styl Bernsteina. Zwłaszcza w żywiołowej uwerturze, muzyce zabrakło płynności, melodyjności, musicalowego animuszu. Odrobinę lepiej poradził sobie młody dyrygent Joachim Kołpanowicz i choć w uwerturze wyraznie słychać było problem z nadaniem właściwego tempa, orkiestra rozkręciła się z czasem, muzyka „ożyła” i nabrała wigoru. Wspaniale natomiast wypadł Chór Opery Krakowskiej, na który musicalowy repertuar podziałał niczym zastrzyk z adrenaliny.

Czy konserwatywny Kraków jest gotowy na fabularnie skandalicznego „Kandyda” w przesiąkniętej wisielczym (dosłownie!) humorem, śmiałej reżyserii Michała Znanieckiego? Mam nadzieję, że tak, o czym świadczy chociażby pełna widownia obu obejrzanych przeze mnie przedstawień. „Kandyd” Znanieckiego jest mroczny, z elementami horroru i groteski. Porywa do tańca i wywołuje salwy śmiechu, a jednocześnie daje bolesną lekcję życia, uświadamiając nam, co jest, a co powinno być dla nas ważne oraz co tracimy w codziennym pędzie za zbytkiem. Skłania do poszukiwań odpowiedzi na pytanie jak postępować, by nasz świat, w całej swej niedoskonałości, stał się tym najlepszym z możliwych.

Reklamy

Wielka gala w hołdzie wybitnej śpiewaczce. Inauguracja Drugiego Letniego Festiwalu Operetkowego na Wiśle im. Iwony Borowickiej w Krakowie.

„Oprócz nośnego głosu, świetnych warunków zewnętrznych, posiadała również umiejętność bycia na scenie. Posiadała klasę. Tego nie nauczy żadna szkoła, to trzeba mieć we krwi.” Tak pisano o Iwonie Borowickiej w „Przekroju” w 1984 roku.
Była artystką uwielbianą przez publiczność i wychwalaną przez krytyków. Znawca i popularyzator teatru muzycznego Bogusław Kaczyński traktował ją niemal jak boski, nadludzki byt. Jej głos, prezencja, osobowość sceniczna, charyzma i elegancja wzbudzają zachwyt do dziś, choć od śmierci Primadonny mija właśnie 35 lat.

By uczcić pamięć o Iwonie Borowickiej, krakowscy artyści już po raz drugi zorganizowali Letni Festiwal Operetkowy na Wiśle jej imienia. Sercem, mózgiem i duszą całego przedsięwzięcia jest Sybilla Borowicka, synowa słynnej primadonny. Osoba niezwykła, ciepła, o wielkim sercu, uwielbiana zarówno przez artystów, jak i melomanów. To dzięki niej operetka powraca na krakowskie sceny w swojej najlepszej, bo klasycznej formie. Galę wyreżyserował wielki pasjonat operetki, aktor i konferansjer Łukasz Lech, przy nieocenionym wsparciu przyjaciół – Sybilli Borowickiej oraz Jakuba Oczkowskiego. I naturalnie ją poprowadził, gdyż publiczność operetkowa, nie tylko w Małopolsce, ceni sobie nad wyraz merytoryczną, elegancką i zabawną konferansjerkę Łukasza Lecha. Tym razem na scenie towarzyszyła mu Grażyna Brodzińska, której obecność do końca trzymana była w tajemnicy. Krakowska publiczność miała zatem okazję po raz pierwszy podziwiać królową operetki w roli prowadzącej.

Festiwal rozpoczął się od uroczystej gali w gmachu Opery Krakowskiej przy ulicy Lubicz, gdzie niegdyś przez kilka dekad istniała i prężnie działała Operetka Krakowska. To właśnie na tamtejszej scenie Iwona Borowicka święciła największe triumfy.
Do udziału w gali zaproszono śpiewaków kilku pokoleń. Zarówno związanych stricte z operetką i operą, jak i z musicalem.
Wspaniale zaprezentowali się młodzi artyści teatrów muzycznych: Anna Lasota, która nie tylko olśniewa nieprzeciętną urodą, lecz również wzrusza anielskim sopranem (jej solowe wykonanie „Pieśni o Wilii” z „Wesołej Wdówki” Franza Lehara potwierdziło wszechstronność jej talentu) oraz doskonale odnajdujący się w musicalowym repertuarze baryton Jakub Milewski – prawdziwy kameleon na scenie, czy to w sentymentalnym monologu idealisty „Śnić sen najpiękniejszy ze snów” z „Człowieka z La Manchy”, czy w samochwalczej, pełnej czarnego humoru piosence „Kramu tego król” ze słynnych „Nędzników”. Drugi z tych utworów zaśpiewał w duecie z Bożeną Zawiślak-Dolny, gwiazdą Opery Krakowskiej, która mając w swoim dorobku artystycznym kreacje najsłynniejszych operowych bohaterek, z Carmen na czele, w krainie musicalu czuje się równie swobodnie. Bożena Zawiślak-Dolny odznacza się nie tylko wielką charyzmą i talentem, lecz także dużym dystansem do siebie, co nieczęsto można zaobserwować u śpiewaczek tej klasy. Kolejną solistką była Aleksandra Orłowska-Jabłońska, która w 2017 roku zachwyciła publiczność Opery Śląskiej kreacją Sylvii w „Księżniczce Czardasza”, a obecnie wykonuje partię Zuzanny w „Weselu Figara” na scenie Warszawskiej Opery Kameralnej. Tym razem powróciła do repertuaru operetkowego, w którym, co widać i słychać, jej głos czuje się dobrze i zaśpiewała m.in. „To właśnie ja, Lulu” z „Damy od Maxima”, operetki autorstwa polskiego kompozytora Ryszarda Sielickiego. Prawdziwą niespodzianką było pojawienie się Katarzyny Oleś-Blachy. Jej sopran koloraturowy uświetnił drugą, musicalową część koncertu w duecie Christine i Upiora z „Upiora w Operze” Andrew Lloyd Webbera. Obecność Łukasza Ratajczaka natomiast to prawdziwa gratka dla wielbicieli operetki w klasycznym wydaniu. Młody tenor odziedziczył po swych śpiewających rodzicach nie tylko piękny, dzwięczny głos, lecz także ogromną swobodę sceniczną i wręcz arystokratyczną nonszalancję. Na scenie nie mogło także zabraknąć Jakuba Oczkowskiego, od lat współpracującego z Łukaszem Lechem. Tenor o promiennym uśmiechu i szerokim repertuarze jest ulubieńcem publiczności. Błyszczy wręcz dosłownie, także swą spektakularną, estradową garderobą.
Gośćmi honorowymi koncertu byli artyści, którzy przez kolejne dekady królują na operowych i operetkowych scenach, a ich nazwiska obrosły już żywą legendą. Są nimi Krystyna Tyburowska i Jan Wilga, uwielbiani przez Bogusława Kaczyńskiego i inspirujący kilka pokoleń śpiewaków. Tego wieczoru oboje zostali uhonorowani srebrnym medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis, przyznawanym przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Solistom towarzyszyła Orkiestra Arte Symfoniko pod batutą Mieczysława Smydy, związanego z Krynicą i tamtejszym Festiwalem im. Jana Kiepury, gdzie od ponad 50 lat operetka przyciąga zakochanych w muzyce widzów jak magnes. Galę uświetnił także Balet Dworski Cracovia Danza oraz Chór Opery Krakowskiej.
Wszystko odbyło się w adekwatnej tematycznie scenografii, artyści wystąpili także w kostiumach, m.in. z „Wesołej Wdówki” czy „Nędzników”, dzięki czemu powstało widowisko atrakcyjne nie tylko muzycznie, lecz i wizualnie. Lekkie i przyjemne w odbiorze, dla widzów w każdym wieku.

Urozmaicony repertuar, duża liczba solistów, balet w tradycyjnych kostiumach, scena udekorowana kwiatami, dobrze poprowadzona orkiestra, błyskotliwa konferansjerka, to niewątpliwie przepis na udane rozpoczęcie festiwalu operetkowego. Bo operetka i musical mają przede wszystkim dawać radość, być kolorowym fajerwerkiem na szarym, pochmurnym niebie naszej codzienności. O taką formę zadbał Łukasz Lech i oby muzyka Lehara, Kalmana, czy Abrahama, pojawiała się w niej jak najczęściej.
Kolejne koncerty festiwalowe to już plener i barka na Wiśle, odpływająca spod Wzgórza Wawelskiego. A na pokładzie, co tydzień inni soliści i inne tematy muzyczne, co stwarza ciekawą możliwość uatrakcyjnienia sobie letnich wieczorów.

Gdy spłynie mrok wieczorny. „Rodzina Addamsów” w Teatrze Muzycznym w Poznaniu.

„Lecz gdy spłynie mrok wieczorny, typem staję się upiornym, twarz mi blednie, włos mi rzednie…” śpiewał Wiesław Gołas w piosence Jeremiego Przybory „Upiorny twist” ponad 50 lat temu. Czy autor tekstu mógł przewidzieć, że kilka dekad pózniej klimat czarnego humoru z dreszczykiem ożyje na polskich scenach i to ze stokrotnie zwiększoną mocą?
„Rodzina Addamsów” Andrew Lippy, powołana do życia na podstawie komiksu Chalresa Addamsa, w reżyserii Jacka Mikołajczyka, jest taką właśnie, niebanalną muzyczną opowieścią. Śmieszy, tumani, przestrasza. A chwilami, czego na pozór trudno się spodziewać, wzrusza, rozczula i edukuje na temat fundamentalnych wartości w relacjach międzyludzkich.

Wkraczamy do fantastycznego świata diametralnie różniącego się od naszej codzienności. Już od początku widz dostaje jasno do zrozumienia, że wszystko, co zobaczy i usłyszy, będzie piekielnie wiarygodne i nie ma taryfy ulgowej. Żadnej prowizorki, czy operowania sugestią. Mamy czarno na białym, podany jak na tacy, nawiedzony dom, żywcem wyjęty z naszych dziecięcych koszmarów. Powstające z martwych zombie, wystrojone wedle mody z kilku historycznych epok. Mgły, wystrzały, nawet podejrzany zapach grobowca. A w tym szalonym, upiornym świecie króluje osobliwa rodzinka. I przez cały okres trwania spektaklu nie jest to oczywiste, czy Addamsowie są żywi, czy może nie do końca.

Musicalowi Addamsowie są wiernym odzwierciedleniem swoich komiksowych pierwowzorów. Nie tylko pod względem wizualnym (tu wyrazy uznania należą się kostiumolog i charakteryzatorce Ilonie Binarsch), lecz także zachowują charakterystyczne cechy osobowości, jakimi wyróżnia się każde z nich. Mamy więc pełnego temperamentu psychofana historii własnej rodziny, Gomeza, jego chłodną, uwodzicielską i nieco groźną żonę Morticię, ich córkę sadystkę Wednesday i syna masochistę, Pugsley’a, oraz uroczo upośledzonego wujka Festera o złotym sercu. Jest też Babcia, o równie podejrzanym pochodzeniu, co podejrzanej pasji do magicznych eliksirów, a także kamerdyner Lurch, wyglądający jak potwór Frankensteina z niemego, przedwojennego kina.
W contrze do nich staje rodzina Beineke. To z pozoru zwyczajni, zmęczeni szarą codziennością, ciężko pracujący amerykańscy obywatele: matka i ojciec + syn. Problem pojawia się, gdy Lucas – ów na pozór konwencjonalnie nudny i dość fajtłapowaty syn zakochuje się z wzajemnością w młodej Addamsównie i postanawia ją poślubić. Czy narzeczeni zdołają przekonać swoje rodziny, by zaakceptowały ten związek i znalazły wspólną nić porozumienia? Dreszczyk grozy jest nieunikniony!

O czym więc jest musical „Rodzina Addamsów”? Najkrócej i najogólniej mówiąc, o miłości aż po grób. Niech nikogo nie zwiedzie upiorna otoczka. Kto spodziewa się gonitw z siekierą i brutalnych scen przemocy jak w typowym horrorze, niech wrzuci te fantazje między bajki. To opowieść o miłości w wielu odsłonach: miłości małżeńskiej, pierwszej młodzieńczej miłości, a także tej rodzicielskiej, czy pomiędzy bratem a siostrą (bo nawet sadystyczne zabawy Wednesday i Pugsley’a są dla obojga niczym innym jak wzajemnym okazywaniem miłości).
Historia opowiedziana w musicalu jest też udaną próbą poszukiwania odpowiedzi na pytanie, co to właściwie znaczy „normalność”? Jakie są kryteria normalności we współczesnym świecie i czy w ogóle można o niej mówić jako czymś oczywistym? Czy może jest tylko sztucznym tworem, podyktowanym uprzedzeniami? Podczas gdy tak naprawdę każdy z nas, jak śpiewają bohaterowie w jednej z finałowych piosenek, ma „świra”?

Wszystko okraszone jest słuszną dawką czarnego humoru, inteligentnych i czasami pikantnych dialogów (obecność dzieci na widowni raczej niewskazana) oraz wpadających w ucho piosenek z numerami tanecznymi w iście broadway’owskim stylu. Artyści zachwycają zarówno pod względem aktorskim, jak i wokalnym. Wszyscy są na równym poziomie, każdy z nich tworzy na scenie wyrazistą, zapadającą w pamięć, ujmującą kreację.
Anna Lasota jest zjawiskowa jako Morticia. Potrafi uwieść jednym gestem, by po chwili zmrozić wzrokiem i wprawić w uczucie dyskomfortu. Co umiejętnie wykorzystuje w interakcjach ze swym scenicznym mężem, Tomaszem Steciukiem (Gomez). Chemia pomiędzy tą parą jest wprost ogromna. Ich płomienne, widowiskowe, kipiące erotyzmem tango na finał spektaklu gwarantuje wzrost ciśnienia i temperatury na sali. Morticia doskonale zdaje sobie sprawę, iż w istocie to ona jest największą słabością Gomeza, który pożąda jej do szaleństwa i boi się jej jednocześnie. Ciekawe, jak wiele kobiet oglądając spektakl zamarzyło o związku, w którym mają aż taką władzę nad partnerem…
Na pewno zamarzyła o tym Alice, matka Lucasa, grana przez Agnieszkę Wawrzyniak. To fenomenalnie poprowadzona i arcytrudna do zagrania postać. Z egzaltowanej, sztucznie zachowawczej i pretensjonalnej pani w średnim wieku, bohaterka przechodzi szaloną transformację w kobietę wyzwoloną, pozbawioną wszelkich zahamowań.
Jednak serce publiczności, a na pewno moje, skradł Damian Aleksander jako wujek Fester. Rozbrajająco infantylny, chwilami głupkowaty, choć nadal przerażający w swej trupiej aparycji, jest w istocie najmądrzejszą i budzącą najwięcej sympatii postacią z całej rodziny.

Pisząc o „Rodzinie Addamsów”, nie sposób nie wspomnieć o genialnej scenografii Grzegorza Policińskiego. To nic innego jak wiernie odtworzony w każdym detalu, upiorny dom tytułowych bohaterów. Każdy mebel, faktura ścian, drzwi, a nawet portal nad nimi, czy kształt okien, wyglądają bardzo prawdziwie i wykonane są z najwyższą starannością. To samo dotyczy kostiumów, zwłaszcza tych u zombie-baletu, z bardzo adekwatnym do mrocznej, nocnej scenerii efektem świecącym w ciemności.

„Rodzina Addamsów” w reżyserii Jacka Mikołajczyka to doskonała rozrywka, gratka dla fanów komiksu i kreskówki, uczta dla zwolenników czarnego humoru i idealna rozgrzewka przed nadchodzącym wkrótce Halloween. Śmiały jak na polskie realia pomysł sprawdził się świetnie, co widać po żywiołowych reakcjach zachwyconej publiczności. Warto spędzić wieczór z Addamsami by przekonać się, że to, co pozornie budzi lęk i niechęć, może fascynować, a wręcz uszczęśliwiać.

 

Anna Lasota jako Morticia. Fot. B. Fischer

05
Scenografia autorstwa Grzegorza Policińskiego

 

Beata Fischer i Anna Lasota

04
Teatr Muzyczny w Poznaniu