Wielka gala w hołdzie wybitnej śpiewaczce. Inauguracja Drugiego Letniego Festiwalu Operetkowego na Wiśle im. Iwony Borowickiej w Krakowie.

„Oprócz nośnego głosu, świetnych warunków zewnętrznych, posiadała również umiejętność bycia na scenie. Posiadała klasę. Tego nie nauczy żadna szkoła, to trzeba mieć we krwi.” Tak pisano o Iwonie Borowickiej w „Przekroju” w 1984 roku.
Była artystką uwielbianą przez publiczność i wychwalaną przez krytyków. Znawca i popularyzator teatru muzycznego Bogusław Kaczyński traktował ją niemal jak boski, nadludzki byt. Jej głos, prezencja, osobowość sceniczna, charyzma i elegancja wzbudzają zachwyt do dziś, choć od śmierci Primadonny mija właśnie 35 lat.

By uczcić pamięć o Iwonie Borowickiej, krakowscy artyści już po raz drugi zorganizowali Letni Festiwal Operetkowy na Wiśle jej imienia. Sercem, mózgiem i duszą całego przedsięwzięcia jest Sybilla Borowicka, synowa słynnej primadonny. Osoba niezwykła, ciepła, o wielkim sercu, uwielbiana zarówno przez artystów, jak i melomanów. To dzięki niej operetka powraca na krakowskie sceny w swojej najlepszej, bo klasycznej formie. Galę wyreżyserował wielki pasjonat operetki, aktor i konferansjer Łukasz Lech, przy nieocenionym wsparciu przyjaciół – Sybilli Borowickiej oraz Jakuba Oczkowskiego. I naturalnie ją poprowadził, gdyż publiczność operetkowa, nie tylko w Małopolsce, ceni sobie nad wyraz merytoryczną, elegancką i zabawną konferansjerkę Łukasza Lecha. Tym razem na scenie towarzyszyła mu Grażyna Brodzińska, której obecność do końca trzymana była w tajemnicy. Krakowska publiczność miała zatem okazję po raz pierwszy podziwiać królową operetki w roli prowadzącej.

Festiwal rozpoczął się od uroczystej gali w gmachu Opery Krakowskiej przy ulicy Lubicz, gdzie niegdyś przez kilka dekad istniała i prężnie działała Operetka Krakowska. To właśnie na tamtejszej scenie Iwona Borowicka święciła największe triumfy.
Do udziału w gali zaproszono śpiewaków kilku pokoleń. Zarówno związanych stricte z operetką i operą, jak i z musicalem.
Wspaniale zaprezentowali się młodzi artyści teatrów muzycznych: Anna Lasota, która nie tylko olśniewa nieprzeciętną urodą, lecz również wzrusza anielskim sopranem (jej solowe wykonanie „Pieśni o Wilii” z „Wesołej Wdówki” Franza Lehara potwierdziło wszechstronność jej talentu) oraz doskonale odnajdujący się w musicalowym repertuarze baryton Jakub Milewski – prawdziwy kameleon na scenie, czy to w sentymentalnym monologu idealisty „Śnić sen najpiękniejszy ze snów” z „Człowieka z La Manchy”, czy w samochwalczej, pełnej czarnego humoru piosence „Kramu tego król” ze słynnych „Nędzników”. Drugi z tych utworów zaśpiewał w duecie z Bożeną Zawiślak-Dolny, gwiazdą Opery Krakowskiej, która mając w swoim dorobku artystycznym kreacje najsłynniejszych operowych bohaterek, z Carmen na czele, w krainie musicalu czuje się równie swobodnie. Bożena Zawiślak-Dolny odznacza się nie tylko wielką charyzmą i talentem, lecz także dużym dystansem do siebie, co nieczęsto można zaobserwować u śpiewaczek tej klasy. Kolejną solistką była Aleksandra Orłowska-Jabłońska, która w 2017 roku zachwyciła publiczność Opery Śląskiej kreacją Sylvii w „Księżniczce Czardasza”, a obecnie wykonuje partię Zuzanny w „Weselu Figara” na scenie Warszawskiej Opery Kameralnej. Tym razem powróciła do repertuaru operetkowego, w którym, co widać i słychać, jej głos czuje się dobrze i zaśpiewała m.in. „To właśnie ja, Lulu” z „Damy od Maxima”, operetki autorstwa polskiego kompozytora Ryszarda Sielickiego. Prawdziwą niespodzianką było pojawienie się Katarzyny Oleś-Blachy. Jej sopran koloraturowy uświetnił drugą, musicalową część koncertu w duecie Christine i Upiora z „Upiora w Operze” Andrew Lloyd Webbera. Obecność Łukasza Ratajczaka natomiast to prawdziwa gratka dla wielbicieli operetki w klasycznym wydaniu. Młody tenor odziedziczył po swych śpiewających rodzicach nie tylko piękny, dzwięczny głos, lecz także ogromną swobodę sceniczną i wręcz arystokratyczną nonszalancję. Na scenie nie mogło także zabraknąć Jakuba Oczkowskiego, od lat współpracującego z Łukaszem Lechem. Tenor o promiennym uśmiechu i szerokim repertuarze jest ulubieńcem publiczności. Błyszczy wręcz dosłownie, także swą spektakularną, estradową garderobą.
Gośćmi honorowymi koncertu byli artyści, którzy przez kolejne dekady królują na operowych i operetkowych scenach, a ich nazwiska obrosły już żywą legendą. Są nimi Krystyna Tyburowska i Jan Wilga, uwielbiani przez Bogusława Kaczyńskiego i inspirujący kilka pokoleń śpiewaków. Tego wieczoru oboje zostali uhonorowani srebrnym medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis, przyznawanym przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Solistom towarzyszyła Orkiestra Arte Symfoniko pod batutą Mieczysława Smydy, związanego z Krynicą i tamtejszym Festiwalem im. Jana Kiepury, gdzie od ponad 50 lat operetka przyciąga zakochanych w muzyce widzów jak magnes. Galę uświetnił także Balet Dworski Cracovia Danza oraz Chór Opery Krakowskiej.
Wszystko odbyło się w adekwatnej tematycznie scenografii, artyści wystąpili także w kostiumach, m.in. z „Wesołej Wdówki” czy „Nędzników”, dzięki czemu powstało widowisko atrakcyjne nie tylko muzycznie, lecz i wizualnie. Lekkie i przyjemne w odbiorze, dla widzów w każdym wieku.

Urozmaicony repertuar, duża liczba solistów, balet w tradycyjnych kostiumach, scena udekorowana kwiatami, dobrze poprowadzona orkiestra, błyskotliwa konferansjerka, to niewątpliwie przepis na udane rozpoczęcie festiwalu operetkowego. Bo operetka i musical mają przede wszystkim dawać radość, być kolorowym fajerwerkiem na szarym, pochmurnym niebie naszej codzienności. O taką formę zadbał Łukasz Lech i oby muzyka Lehara, Kalmana, czy Abrahama, pojawiała się w niej jak najczęściej.
Kolejne koncerty festiwalowe to już plener i barka na Wiśle, odpływająca spod Wzgórza Wawelskiego. A na pokładzie, co tydzień inni soliści i inne tematy muzyczne, co stwarza ciekawą możliwość uatrakcyjnienia sobie letnich wieczorów.

Reklamy

Gdy spłynie mrok wieczorny. „Rodzina Addamsów” w Teatrze Muzycznym w Poznaniu.

„Lecz gdy spłynie mrok wieczorny, typem staję się upiornym, twarz mi blednie, włos mi rzednie…” śpiewał Wiesław Gołas w piosence Jeremiego Przybory „Upiorny twist” ponad 50 lat temu. Czy autor tekstu mógł przewidzieć, że kilka dekad pózniej klimat czarnego humoru z dreszczykiem ożyje na polskich scenach i to ze stokrotnie zwiększoną mocą?
„Rodzina Addamsów” Andrew Lippy, powołana do życia na podstawie komiksu Chalresa Addamsa, w reżyserii Jacka Mikołajczyka, jest taką właśnie, niebanalną muzyczną opowieścią. Śmieszy, tumani, przestrasza. A chwilami, czego na pozór trudno się spodziewać, wzrusza, rozczula i edukuje na temat fundamentalnych wartości w relacjach międzyludzkich.

Wkraczamy do fantastycznego świata diametralnie różniącego się od naszej codzienności. Już od początku widz dostaje jasno do zrozumienia, że wszystko, co zobaczy i usłyszy, będzie piekielnie wiarygodne i nie ma taryfy ulgowej. Żadnej prowizorki, czy operowania sugestią. Mamy czarno na białym, podany jak na tacy, nawiedzony dom, żywcem wyjęty z naszych dziecięcych koszmarów. Powstające z martwych zombie, wystrojone wedle mody z kilku historycznych epok. Mgły, wystrzały, nawet podejrzany zapach grobowca. A w tym szalonym, upiornym świecie króluje osobliwa rodzinka. I przez cały okres trwania spektaklu nie jest to oczywiste, czy Addamsowie są żywi, czy może nie do końca.

Musicalowi Addamsowie są wiernym odzwierciedleniem swoich komiksowych pierwowzorów. Nie tylko pod względem wizualnym (tu wyrazy uznania należą się kostiumolog i charakteryzatorce Ilonie Binarsch), lecz także zachowują charakterystyczne cechy osobowości, jakimi wyróżnia się każde z nich. Mamy więc pełnego temperamentu psychofana historii własnej rodziny, Gomeza, jego chłodną, uwodzicielską i nieco groźną żonę Morticię, ich córkę sadystkę Wednesday i syna masochistę, Pugsley’a, oraz uroczo upośledzonego wujka Festera o złotym sercu. Jest też Babcia, o równie podejrzanym pochodzeniu, co podejrzanej pasji do magicznych eliksirów, a także kamerdyner Lurch, wyglądający jak potwór Frankensteina z niemego, przedwojennego kina.
W contrze do nich staje rodzina Beineke. To z pozoru zwyczajni, zmęczeni szarą codziennością, ciężko pracujący amerykańscy obywatele: matka i ojciec + syn. Problem pojawia się, gdy Lucas – ów na pozór konwencjonalnie nudny i dość fajtłapowaty syn zakochuje się z wzajemnością w młodej Addamsównie i postanawia ją poślubić. Czy narzeczeni zdołają przekonać swoje rodziny, by zaakceptowały ten związek i znalazły wspólną nić porozumienia? Dreszczyk grozy jest nieunikniony!

O czym więc jest musical „Rodzina Addamsów”? Najkrócej i najogólniej mówiąc, o miłości aż po grób. Niech nikogo nie zwiedzie upiorna otoczka. Kto spodziewa się gonitw z siekierą i brutalnych scen przemocy jak w typowym horrorze, niech wrzuci te fantazje między bajki. To opowieść o miłości w wielu odsłonach: miłości małżeńskiej, pierwszej młodzieńczej miłości, a także tej rodzicielskiej, czy pomiędzy bratem a siostrą (bo nawet sadystyczne zabawy Wednesday i Pugsley’a są dla obojga niczym innym jak wzajemnym okazywaniem miłości).
Historia opowiedziana w musicalu jest też udaną próbą poszukiwania odpowiedzi na pytanie, co to właściwie znaczy „normalność”? Jakie są kryteria normalności we współczesnym świecie i czy w ogóle można o niej mówić jako czymś oczywistym? Czy może jest tylko sztucznym tworem, podyktowanym uprzedzeniami? Podczas gdy tak naprawdę każdy z nas, jak śpiewają bohaterowie w jednej z finałowych piosenek, ma „świra”?

Wszystko okraszone jest słuszną dawką czarnego humoru, inteligentnych i czasami pikantnych dialogów (obecność dzieci na widowni raczej niewskazana) oraz wpadających w ucho piosenek z numerami tanecznymi w iście broadway’owskim stylu. Artyści zachwycają zarówno pod względem aktorskim, jak i wokalnym. Wszyscy są na równym poziomie, każdy z nich tworzy na scenie wyrazistą, zapadającą w pamięć, ujmującą kreację.
Anna Lasota jest zjawiskowa jako Morticia. Potrafi uwieść jednym gestem, by po chwili zmrozić wzrokiem i wprawić w uczucie dyskomfortu. Co umiejętnie wykorzystuje w interakcjach ze swym scenicznym mężem, Tomaszem Steciukiem (Gomez). Chemia pomiędzy tą parą jest wprost ogromna. Ich płomienne, widowiskowe, kipiące erotyzmem tango na finał spektaklu gwarantuje wzrost ciśnienia i temperatury na sali. Morticia doskonale zdaje sobie sprawę, iż w istocie to ona jest największą słabością Gomeza, który pożąda jej do szaleństwa i boi się jej jednocześnie. Ciekawe, jak wiele kobiet oglądając spektakl zamarzyło o związku, w którym mają aż taką władzę nad partnerem…
Na pewno zamarzyła o tym Alice, matka Lucasa, grana przez Agnieszkę Wawrzyniak. To fenomenalnie poprowadzona i arcytrudna do zagrania postać. Z egzaltowanej, sztucznie zachowawczej i pretensjonalnej pani w średnim wieku, bohaterka przechodzi szaloną transformację w kobietę wyzwoloną, pozbawioną wszelkich zahamowań.
Jednak serce publiczności, a na pewno moje, skradł Damian Aleksander jako wujek Fester. Rozbrajająco infantylny, chwilami głupkowaty, choć nadal przerażający w swej trupiej aparycji, jest w istocie najmądrzejszą i budzącą najwięcej sympatii postacią z całej rodziny.

Pisząc o „Rodzinie Addamsów”, nie sposób nie wspomnieć o genialnej scenografii Grzegorza Policińskiego. To nic innego jak wiernie odtworzony w każdym detalu, upiorny dom tytułowych bohaterów. Każdy mebel, faktura ścian, drzwi, a nawet portal nad nimi, czy kształt okien, wyglądają bardzo prawdziwie i wykonane są z najwyższą starannością. To samo dotyczy kostiumów, zwłaszcza tych u zombie-baletu, z bardzo adekwatnym do mrocznej, nocnej scenerii efektem świecącym w ciemności.

„Rodzina Addamsów” w reżyserii Jacka Mikołajczyka to doskonała rozrywka, gratka dla fanów komiksu i kreskówki, uczta dla zwolenników czarnego humoru i idealna rozgrzewka przed nadchodzącym wkrótce Halloween. Śmiały jak na polskie realia pomysł sprawdził się świetnie, co widać po żywiołowych reakcjach zachwyconej publiczności. Warto spędzić wieczór z Addamsami by przekonać się, że to, co pozornie budzi lęk i niechęć, może fascynować, a wręcz uszczęśliwiać.

 

Anna Lasota jako Morticia. Fot. B. Fischer

05
Scenografia autorstwa Grzegorza Policińskiego

 

Beata Fischer i Anna Lasota

04
Teatr Muzyczny w Poznaniu