Piękne szaleństwo. „Don Giovanni” w Operze Wrocławskiej.

„Lepiej jednak skończyć nawet w pięknym szaleństwie niż w szarej, nudnej banalności i marazmie.” (S. I. Witkiewicz)
Czy zatem lepiej, ciekawiej, oryginalniej jest wystawić najsłynniejszą operę Mozarta tak, by z bohaterów uczynić szaleńców i umieścić ich w miejscu, gdzie będą mogli być sobą nie dusząc się w oparach konwenansów, zamiast serwować widzom kolejną wymuskaną, sztywną i ugrzecznioną historię? Niezwykle kreatywny brazylijski reżyser André Heller-Lopes pokazał na scenie Opery Wrocławskiej, że jak najbardziej.

O czym jest „Don Giovanni”, skomponowany przez Wolfganga Amadeusza Mozarta w 1787 roku, tłumaczyć nie trzeba. To mroczna, śmiała, momentami perwersyjna, lecz nie tracąca przez to na atrakcyjności, komedia omyłek. Sam Mozart zmienił pierwotny podtytuł „dramma giocoso” (wesoły dramat), co w jego czasach oznaczało tragikomedię, na „opera buffa”. Dlaczego zatem kolejne inscenizacje wydają się pomijać ten jakże istotny szczegół, ograniczając komizm opery jedynie do słów zawartych w treści libretta?

Andre Heller-Lopes zrywa z tą zachowawczą formą, przenosząc akcję do ośrodka dla obłąkanych. I to nie byle jakiego ośrodka, mianowicie z przełomu osiemnastego i dziewiętnastego wieku. Atmosfera spektaklu, wizualizacja – ze scenografią Renato Theobaldo na czele, poprzez misternie zdobione kostiumy projektu Sofii di Nunzio, skończywszy na choreografii – budzą moje natychmiastowe skojarzenia z filmem Philipa Kaufmanna „Zatrute pióro” z 2000 roku. Choć rzecz jasna w dużo weselszej i zdecydowanie mniej drastycznej oprawie. Widzimy więc szpital psychiatryczny adekwatny zarówno do czasów Mozarta, jak i protagonisty filmu Kaufmanna – Markiza de Sade. Zaś seksualnie wykolejony umysł Markiza pozwala stawiać go w jednym szeregu wśród potępieńców i cudzołożników, jakim bezsprzecznie jest Don Giovanni.

Wśród wysokich aż pod sufit regałów z książkami snują się wariaci wszelkiego sortu. Paranoicy, schizofrenicy, pacjenci z zaburzeniem dysocjacyjnym tożsamości, urojeniami i omamami. Jednym z nich jest seksoholik Don Giovanni, któremu nieustannie towarzyszy usiłujący zapanować nad jego nieokiełznanym popędem Leporello w lekarskim kitlu. O ich faktycznej izolacji przypominają jedynie pojawiające się w oknach i drzwiach kraty. Zaś ich perypetie są o tyle bardziej zabawne, że reżyser zadbał o doskonałą i bardzo naturalną w odbiorze synchronizację ruchu scenicznego z muzyką. Między bohaterami jest chemia, nie ma irytującego śpiewania do publiczności tam, gdzie jest zbędne, ani nudy, nawet w bardziej statycznych scenach.

Natomiast muzyka we wrocławskim „Don Giovannim” brzmi wprost wyśmienicie. Uderzająca w nutę tragiczną, nawiązująca do finału uwertura porywa do krainy dźwięków, pobudzając wyobraźnię z malarską finezją i podgrzewając emocje. To zasługa Orkiestry Opery Wrocławskiej poprowadzonej przez nieprzeciętnie utalentowanego dyrygenta Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego. Napięcie, groza, zaproszenie do flirtu i zabawy, ekstatyczny szał uniesień, obłęd, furia, namiętność – całą tę paletę muzycznych barw powołuje do życia Maestro swą czarodziejską batutą, hipnotyzując i uwodząc publiczność.

Uwodzą też bohaterowie. Andre Heller-Lopes zadbał o to, by każdy z nich był charakterystyczny, miał wielowymiarową osobowość oraz elektryzował aparycją. Kostiumy nawiązują wręcz dosłownie do brazylijskich korzeni reżysera, do kultury jego regionu.
I tak oto, Donna Anna – w premierowej obsadzie magnetyczna i perfekcyjna wokalnie Agnieszka Sławińska, w drugiej nieco spokojniejsza i uduchowiona Tatiana Gavrilova – ucharakteryzowana jest na Evitę Peron.
Donna Elvira zaś – w pierwszej obsadzie kipiąca żądza zemsty, budzącą dreszcz grozy Aleksandra Opała, w drugiej, znacznie bardziej kobieca Bożena Bujnicka o delikatniejszym lecz równie interesującym głosie – to wręcz kopia kontrowersyjnej malarki Fridy Kahlo.
Daniel Mirosław (pierwsza premiera) wypada bardziej przekonująco jako Don Giovanni niż Tomasz Rudnicki (druga premiera), bawiąc się swoją postacią i traktując partię rozpustnika-wariata z większym przymrużeniem oka. Słynna „aria szampańska” w wykonaniu obu solistów brzmi poprawnie, z uniknięciem irytującego skandowania.
W przypadku Leporella wokalnie lepiej zaprezentował się Włoch Marco Camastra (druga obsada) co udowodnił zwłaszcza w zaśpiewanej z lekkością i swobodą „arii z rejestrem” „Madamina, il catalogo è questo” z pierwszego aktu, zaś Bartosz Urbanowicz z obsady premierowej pokazał większy talent komiczny.
Na uwagę zasługuje też Zerlina – w pierwszej obsadzie delikatna i dziewczęca Hanna Sosnowska, w drugiej nieco bardziej zadziorna Iwona Handzlik. Bohaterka wygląda wręcz groteskowo niewinnie w białej sukience i warkoczykach i tym obscenicznej brzmi jej nacechowana masochizmem aria „Batti, batti, o bel Masetto”. I tu znów daje o sobie znać duch wspomnianego wcześniej Markiza de Sade.
Bas Wojtek Gierlach, wcielający się obu premierach w Komandora, nemesis Don Giovanniego, jest wokalnie bez zarzutu i wytwarza wokół siebie nastrój grozy, choć jego kostium to nic innego jak jezuicka sutanna.

To właśnie interakcja pomiędzy tą dwójką postaci – protagonistą i Komandorem – jest tu najdziwniejsza. O ile z libretta wynika, że Don Giovanni celowo zaprasza kamienny posąg na ucztę, świadomie prosząc się o karę, tak umieszczenie akcji w domu wariatów, gdzie tytułowy bohater jest ewidentnie niepoczytalny, zupełnie zmienia postać rzeczy. Nie wiadomo więc, czy jest on faktycznie gotów odpokutować za swoje grzechy, jak opisał to Jan Lechoń w wierszu „Don Juan”: „Kto to krzyknął ‚Już jest pora!’ / Świeca zgasła, słychać stuk / O! posągu Komandora, / Wejdź nareszcie za mój próg! / Ponad wino, dźwięk gitary / Wolę płaszcza twego gest. / Oto czekam twojej kary / Abym wiedział, żeś ty jest.” Czy też do końca pozostaje on w stanie błogiej nieświadomości, aż dotykają go bolesne konsekwencje.

W tym szaleństwie zdecydowanie jest metoda. Andre Heller-Lopes stworzył spektakl mocny, niesztampowy, oddziałujący na zmysły i będący doskonałą rozrywką dzięki sporej dawce inteligentnego humoru. Czy „Don Giovanni” z Opery Wrocławskiej uwodzi skutecznie? Odpowiedź brzmi: bez wątpienia TAK!

 

Reklamy

Skruszyć wewnętrzny lód. Giuliano Carmignola i Cappella Gedanensis na 28. Festiwalu Mozartowskim.

Co najskuteczniej przypomina nam, że żyjemy? Ponoć jest to ból. Gdy przestajemy go odczuwać, to znaczy, że jesteśmy martwi, nie tylko w sensie czysto biologicznym, lecz przede wszystkim wewnętrznie. Odczuwanie, przeżywanie – kiedy doświadczenia nie przemijają wedle normalnego rytmu upływu czasu, lecz pozostawiają po sobie ślad, mniej lub bardziej trwały. Wtedy właśnie możemy powiedzieć, że żyjemy pełnią życia, choć nie zawsze oferuje nam ono przyjemności, piękno i dobro. Odczuwanie emocji i umiejętność ich wyrażania przypominają, że żyjemy tu i teraz. Wyrażania poprzez sztukę, wyrażania słowem, wyrażania poprzez muzykę. Muzyka jest tym śladem, który pozostaje w duszy, w sercu, w zakamarkach naszego umysłu, czasem bardzo odległych, do których sami rzadko zaglądamy. Franz Kafka powiedział, że książka powinna być niczym ostrze, które kruszy zamarznięte morze wgłębi nas. Dla mnie takim ostrzem jest muzyka.

Muzyka Mozarta ma w sobie światło zdolne przebić się przez najgrubszą warstwę emocjonalnego lodu. Lecz ta właśnie muzyka wymaga wyjątkowej oprawy. Jej światło rozbłysło pełnym blaskiem, gdy w chłodny i deszczowy, choć przecież letni wieczór, w warszawskiej Bazylice Archikatedralnej zabrzmiały koncerty D-dur i B-dur na skrzypce i orkiestrę oraz Symfonia g-moll w wykonaniu Giuliano Carmignoli i Cappelli Gedanensis. Była to prawdziwa perła w programie 28. Festiwalu Mozartowskiego zorganizowanego przez Warszawską Operę Kameralną.

Już od pierwszych taktów było to oczywiste – włoski wirtuoz skrzypiec i jednocześnie dyrygent, oraz gdańska orkiestra stworzyli olśniewającą syntezę, wręcz symbiozę dzwięków, jeden organizm powołany do życia dzięki muzyce. Nuty pełne światła opanowały wnętrze katedry aż po gotyckie sklepienia. Zahipnotyzowały publiczność. Wzruszyły, porwały, zdominowały i ośmielę się powiedzieć, wprosiły się, wefrunęły, rozgościły się w każdej z zasłuchanych dusz.

To nie był koncert jakich wiele. To było mistyczne przeżycie. Giuliano Carmignola gra z tak nadzwyczajną wrażliwością, że skrzypce w jego dłoniach śpiewają, opowiadają historię, prowadzą dialog z każdym z osobna z grona publiczności. Muzyka staje się osobistym zaproszeniem do wymiany myśli i uczuć. Zabiera w podróż do naszej prywatnej historii. Nagle wspomnienia stają się bardzo żywe. Wspomnienia tych najpiękniejszych chwil, które już nigdy nie wrócą, które dzieliłam z ludzmi bliskimi memu sercu, lecz już nie mogę żadnego z nich przytulić, z żadnym z nich porozmawiać. A jednak, oni tam byli, tuż obok, przez chwilę, w czasie trwania koncertu. Muzyka ich wskrzesiła, bądz przyprowadziła z drugiego końca kraju. I w tamtym magicznym momencie nie były obecne ani żal, ani tęsknota. Tylko radość.

Tak zadziałała magia Mozarta, magia wirtuoza skrzypiec, magia Cappelli Gedanensis oraz magia monumentalnego, gotyckiego wnętrza katedry. Wiele bym dała, by przeżyć ten koncert raz jeszcze, powtórzyć go, ponownie doświadczyć jego światła. Teraz jest już wspomnieniem. Lecz jakże ważnym. Jednym z tych wyjątkowych wspomnień, pozostawiających trwały ślad.

02

01

 

Zakochani do szaleństwa. „Rzekoma ogrodniczka” w Operze Śląskiej.

Z miłości człowiek zdolny jest do nieprzeciętnych zachowań i uczynków. Potrafi zmienić tożsamość, stać się poliglotą, manipulatorem, intrygantem, jest skłonny nawet zabić. O tym jest „Rzekoma ogrodniczka” Mozarta, wieńcząca sezon artystyczny premiera w Operze Śląskiej. O perypetiach ogarniętej miłosną obsesją i szałem grupy osób, których losy splatają się ze sobą na zasadzie komedii omyłek.

Reżyser Andre Heller-Lopes postanowił uwypuklić wątek kryminalny i wokół niego rozegrać całą historię. Scenę niczym z powieści detektywistycznej można podziwiać już podczas uwertury. Oto główna bohaterka, Markiza Violante Onesti, pada ofiarą zazdrosnego kochanka. Porywczy Hrabia Belfiore zabija ją na szczęście tylko pozornie, o czym sam nie wie. Violante uchodzi z życiem i postanawia ukryć się pod postacią ogrodniczki, a to dopiero początek intrygi.

By wzmocnić kryminalny klimat, reżyser wprowadził postać samego Sherlocka Holmesa, na którego ucharakteryzowany jest jeden z bohaterów – Ramiro. Ten jednak zdaje się być bardziej pochłonięty rozwiązywaniem zagadki własnych uczuć do kapryśnej i niebezpiecznej Armindy, niż zbrodni, którą tropi w zabawny i nieudolny sposób. Arminda zaręczona jest jednak z nikim innym jak właśnie Hrabią Belfiore, przekonanym, że jego poprzednia ukochana nie żyje.
Bo w „Rzekomej ogrodniczce” zakochani są wszyscy bohaterowie, jednak nikt z wzajemnością. Reżyser wykorzystał to, kreując szereg absurdalnych, przezabawnych scen, chwilami przypominających humor z filmów Woody Allena. Na scenie dzieje się dużo, a nawet bardzo dużo i nie można ani przez chwilę narzekać na nudę. Soliści poprowadzeni są za pomocą teoretycznie prostych komediowych gagów, takich jak chowanie się pod stołem, pod kloszem lampy, gonitwy, czy pomylenie narzeczonych. W trzecim akcie krążą po lesie niczym w narkotycznym upojeniu, to wpadając na siebie, to znów wykonując dziwne ruchy taneczne. Jest to jednak efektowne i o ile w ostatnich latach niełatwo jest roześmiać się w teatrze operowym, nawet jeśli jest to opera buffa, w przypadku „Rzekomej ogrodniczki” śmiech wypełniał widownię nadzwyczaj często. Ponieważ można pośmiać się nie tylko z libretta, ale przede wszystkim z aktorskich wyczynów solistów. A każdy z nich sprawia wrażenie, jakby na scenie naprawdę dobrze się bawił, a nie tylko machinalnie wykonywał polecenia reżysera, co jest kolejnym, dużym plusem.

Poszczególne postacie są rozbudowane, wykreowane w szczegółach, od osobowości, po detale kostiumów i charakteryzacji, każda ma swój styl i niepowtarzalny charakter.
Ogrodniczka Sandrina, czyli Violante Onesti, jest delikatna, krucha, niepewna, trochę lękliwa, trochę zdeterminowana, z jednej strony ma dość mężczyzn i stanowczo daje im to do zrozumienia, z drugiej, uczucia na nowo przejmują nad nią kontrolę po spotkaniu dawnego ukochanego. Wszystko to pokazała w sposób zabawny i uroczy Ewa Majcherczyk. Jej dziewczęca uroda i dzwięczny sopran idealnie pasują do takich właśnie bohaterek – eterycznych arystokratek, którymi rządzą namiętności.
Wokalnie zachwyca też Ewelina Szybilska jako Serpetta. Reżyser postanowił przeistoczyć bohaterkę w starszą panią, ubraną w stateczną garsonkę i robiącą na drutach, bądz hasającą z miotłą po scenie, nie odbierając jej przy tym uwodzicielskiej iskry. To przezabawnie poprowadzona i przepięknie zaśpiewana postać.
Kolejną interesującą bohaterką jest zimna, wyrachowana Arminda, w którą wcieliła się Aleksandra Stokłosa. To rewelacyjna aktorsko w swojej karykaturalnej wyniosłości intrygantka. W dodatku, jak dowiadujemy się z libretta, zwolenniczka przemocy domowej i matriarchatu. By było nieco zabawniej, postać ubrano w kimono i wykreowano na pasjonatkę dalekowschodnich sztuk walki. Dzięki talentom Aleksandry Stokłosy, Armindy można się przestraszyć i sympatyzować z nią jednocześnie.
Duże wrażenie robi wspomniany już wcześniej Sherlock Holmes, czyli Ramiro, partia spodenkowa, wykonywana przez Annę Borucką. Wiarygodność z jaką ta utalentowana śpiewaczka wcieliła się w męską postać wrażliwca i melancholika jest bardzo imponująca. Zwłaszcza w scenie monologu, gdy „Holmes” śpiewa o swych sercowych bolączkach i usiłuje grać na skrzypcach, co jest zarówno komiczne, jak i rozczulające.
To zdecydowanie spektakl zdominowany przez kobiety. Każda z pań udowodniła, że oprócz zdolności wokalnych, posiada także komediowe. Na ich tle panowie wypadają już nieco mniej barwnie, choć jest to raczej wina libretta niż reżyserii. A Andre Heller-Lopes, z pomocą projektantki kostiumów Dagmary Walkowicz-Goleśny, robili co w ich mocy, by dodać postaciom męskim więcej charakteru. Nawet ubrali Tomasza Tracza, czyli Hrabiego Belfiore, w mundur Hansa Klossa (choć mnie osobiście bardziej przypominał despotycznego herr Flicka z serialu „Allo, allo!”). Zaś Łukaszowi Klimczakowi kazali wykonać karkołomny taniec podczas arii gdy jego bohater, Nardo, na różne sposoby wyznaje miłość wybrance swego serca. Panowie jednak sympatycznie się prezentują i śpiewają przyzwoicie, tworząc atrakcyjne dla oka i miłe dla ucha duety z paniami.

A skoro już o walorach wizualnych mowa – oprócz wymyślnych kostiumów, ogromnym atutem spektaklu jest scenografia autorstwa Renato Theobaldo. Zdecydowanie kontrastuje z modnymi ostatnio, minimalistycznymi inscenizacjami operowymi. Tutaj nic nie jest symboliczne, czy tylko zasugerowane. Widz nie musi wyobrażać sobie miejsca akcji. Dostaje je niczym gotowe danie, podane na tacy.
Pierwsze dwa akty rozgrywają się w bardzo realistycznie urządzonej bibliotece w stylu vintage. Mamy więc sięgające sufitu regały pełne książek (o detale zadbano do tego stopnia, by uniknąć powtarzalności wśród kolorystyki i formatu książkowych grzbietów), pałacowe meble, rekwizyty prosto z desy – alabastrowe figurki, czy telefon retro. Oczywiście, skoro w operze mowa jest o ogrodniczce, nadrzędnym rekwizytem są kwiaty. Przewijają się praktycznie przez całą akcję i pełnią wiele innych funkcji, poza dekoracyjną.
Trzeci akt natomiast to sceneria leśna wieczorową porą, bardzo atrakcyjna wizualnie, choć uzyskana niezwykle prostymi środkami. Bohaterowie krążą pomiędzy kolumnami drzew i migoczącymi krzewami niczym w szekspirowskim „Śnie nocy letniej”, wyposażeni dodatkowo w podświetlane kolorowymi żarówkami, białe parasole. Trochę to naiwne i zbyt kolorowe? Być może, jednak takie rozwiązanie sceniczne w operze buffa jest jak najbardziej dopuszczalne.

Muzyka, z którą z powodzeniem zmierzyła się orkiestra Opery Śląskiej pod batutą Bassema Akiki, jest bardzo żywiołowa, energetyczna, finezyjna i liryczna. Wydaje się być odzwierciedleniem temperamentu Mozarta, skomponował on bowiem „Rzekomą ogrodniczkę” mając zaledwie osiemnaście lat. Niektórzy współcześni badacze diagnozują u kompozytora ADHD, a nawet zespół Tourette’a, co ponoć słychać w jego kompozycjach. Żartobliwie przywodzi to na myśl słowa Józefa II Habsburga „za dużo nut”, którymi według niektórych zródeł cesarz podsumował prawykonanie „Wesela Figara”. Postać Wolfganga Amadeusza Mozarta, jak to zwykle bywa w przypadku artystów wybitnych, opiewa więcej legend, niż faktów.

Legendy przemijają, na ich miejscu, niczym kwiaty w ogrodzie rzekomej ogrodniczki, wyrastają nowe. Jednak muzyka pozostaje. Jest nieśmiertelnym, żywym pomnikiem geniuszu austriackiego kompozytora. Warto więc wybrać się do Opery Śląskiej by usłyszeć to niezwykle rzadko wystawiane dzieło, zachwycić się pięknem inscenizacji i oderwać od problemów dzięki jakże lekkiej w odbiorze, przyjemnej i przezabawnej historii. Historii, w której miłość wyzwala w człowieku zarówno najlepsze, jak i najgorsze cechy, lecz finalnie odnosi zwycięstwo i prowadzi do upragnionego happy endu.