Skruszyć wewnętrzny lód. Giuliano Carmignola i Cappella Gedanensis na 28. Festiwalu Mozartowskim.

Co najskuteczniej przypomina nam, że żyjemy? Ponoć jest to ból. Gdy przestajemy go odczuwać, to znaczy, że jesteśmy martwi, nie tylko w sensie czysto biologicznym, lecz przede wszystkim wewnętrznie. Odczuwanie, przeżywanie – kiedy doświadczenia nie przemijają wedle normalnego rytmu upływu czasu, lecz pozostawiają po sobie ślad, mniej lub bardziej trwały. Wtedy właśnie możemy powiedzieć, że żyjemy pełnią życia, choć nie zawsze oferuje nam ono przyjemności, piękno i dobro. Odczuwanie emocji i umiejętność ich wyrażania przypominają, że żyjemy tu i teraz. Wyrażania poprzez sztukę, wyrażania słowem, wyrażania poprzez muzykę. Muzyka jest tym śladem, który pozostaje w duszy, w sercu, w zakamarkach naszego umysłu, czasem bardzo odległych, do których sami rzadko zaglądamy. Franz Kafka powiedział, że książka powinna być niczym ostrze, które kruszy zamarznięte morze wgłębi nas. Dla mnie takim ostrzem jest muzyka.

Muzyka Mozarta ma w sobie światło zdolne przebić się przez najgrubszą warstwę emocjonalnego lodu. Lecz ta właśnie muzyka wymaga wyjątkowej oprawy. Jej światło rozbłysło pełnym blaskiem, gdy w chłodny i deszczowy, choć przecież letni wieczór, w warszawskiej Bazylice Archikatedralnej zabrzmiały koncerty D-dur i B-dur na skrzypce i orkiestrę oraz Symfonia g-moll w wykonaniu Giuliano Carmignoli i Cappelli Gedanensis. Była to prawdziwa perła w programie 28. Festiwalu Mozartowskiego zorganizowanego przez Warszawską Operę Kameralną.

Już od pierwszych taktów było to oczywiste – włoski wirtuoz skrzypiec i jednocześnie dyrygent, oraz gdańska orkiestra stworzyli olśniewającą syntezę, wręcz symbiozę dzwięków, jeden organizm powołany do życia dzięki muzyce. Nuty pełne światła opanowały wnętrze katedry aż po gotyckie sklepienia. Zahipnotyzowały publiczność. Wzruszyły, porwały, zdominowały i ośmielę się powiedzieć, wprosiły się, wefrunęły, rozgościły się w każdej z zasłuchanych dusz.

To nie był koncert jakich wiele. To było mistyczne przeżycie. Giuliano Carmignola gra z tak nadzwyczajną wrażliwością, że skrzypce w jego dłoniach śpiewają, opowiadają historię, prowadzą dialog z każdym z osobna z grona publiczności. Muzyka staje się osobistym zaproszeniem do wymiany myśli i uczuć. Zabiera w podróż do naszej prywatnej historii. Nagle wspomnienia stają się bardzo żywe. Wspomnienia tych najpiękniejszych chwil, które już nigdy nie wrócą, które dzieliłam z ludzmi bliskimi memu sercu, lecz już nie mogę żadnego z nich przytulić, z żadnym z nich porozmawiać. A jednak, oni tam byli, tuż obok, przez chwilę, w czasie trwania koncertu. Muzyka ich wskrzesiła, bądz przyprowadziła z drugiego końca kraju. I w tamtym magicznym momencie nie były obecne ani żal, ani tęsknota. Tylko radość.

Tak zadziałała magia Mozarta, magia wirtuoza skrzypiec, magia Cappelli Gedanensis oraz magia monumentalnego, gotyckiego wnętrza katedry. Wiele bym dała, by przeżyć ten koncert raz jeszcze, powtórzyć go, ponownie doświadczyć jego światła. Teraz jest już wspomnieniem. Lecz jakże ważnym. Jednym z tych wyjątkowych wspomnień, pozostawiających trwały ślad.

02

01

 

Reklamy

Zakochani do szaleństwa. „Rzekoma ogrodniczka” w Operze Śląskiej.

Z miłości człowiek zdolny jest do nieprzeciętnych zachowań i uczynków. Potrafi zmienić tożsamość, stać się poliglotą, manipulatorem, intrygantem, jest skłonny nawet zabić. O tym jest „Rzekoma ogrodniczka” Mozarta, wieńcząca sezon artystyczny premiera w Operze Śląskiej. O perypetiach ogarniętej miłosną obsesją i szałem grupy osób, których losy splatają się ze sobą na zasadzie komedii omyłek.

Reżyser Andre Heller-Lopes postanowił uwypuklić wątek kryminalny i wokół niego rozegrać całą historię. Scenę niczym z powieści detektywistycznej można podziwiać już podczas uwertury. Oto główna bohaterka, Markiza Violante Onesti, pada ofiarą zazdrosnego kochanka. Porywczy Hrabia Belfiore zabija ją na szczęście tylko pozornie, o czym sam nie wie. Violante uchodzi z życiem i postanawia ukryć się pod postacią ogrodniczki, a to dopiero początek intrygi.

By wzmocnić kryminalny klimat, reżyser wprowadził postać samego Sherlocka Holmesa, na którego ucharakteryzowany jest jeden z bohaterów – Ramiro. Ten jednak zdaje się być bardziej pochłonięty rozwiązywaniem zagadki własnych uczuć do kapryśnej i niebezpiecznej Armindy, niż zbrodni, którą tropi w zabawny i nieudolny sposób. Arminda zaręczona jest jednak z nikim innym jak właśnie Hrabią Belfiore, przekonanym, że jego poprzednia ukochana nie żyje.
Bo w „Rzekomej ogrodniczce” zakochani są wszyscy bohaterowie, jednak nikt z wzajemnością. Reżyser wykorzystał to, kreując szereg absurdalnych, przezabawnych scen, chwilami przypominających humor z filmów Woody Allena. Na scenie dzieje się dużo, a nawet bardzo dużo i nie można ani przez chwilę narzekać na nudę. Soliści poprowadzeni są za pomocą teoretycznie prostych komediowych gagów, takich jak chowanie się pod stołem, pod kloszem lampy, gonitwy, czy pomylenie narzeczonych. W trzecim akcie krążą po lesie niczym w narkotycznym upojeniu, to wpadając na siebie, to znów wykonując dziwne ruchy taneczne. Jest to jednak efektowne i o ile w ostatnich latach niełatwo jest roześmiać się w teatrze operowym, nawet jeśli jest to opera buffa, w przypadku „Rzekomej ogrodniczki” śmiech wypełniał widownię nadzwyczaj często. Ponieważ można pośmiać się nie tylko z libretta, ale przede wszystkim z aktorskich wyczynów solistów. A każdy z nich sprawia wrażenie, jakby na scenie naprawdę dobrze się bawił, a nie tylko machinalnie wykonywał polecenia reżysera, co jest kolejnym, dużym plusem.

Poszczególne postacie są rozbudowane, wykreowane w szczegółach, od osobowości, po detale kostiumów i charakteryzacji, każda ma swój styl i niepowtarzalny charakter.
Ogrodniczka Sandrina, czyli Violante Onesti, jest delikatna, krucha, niepewna, trochę lękliwa, trochę zdeterminowana, z jednej strony ma dość mężczyzn i stanowczo daje im to do zrozumienia, z drugiej, uczucia na nowo przejmują nad nią kontrolę po spotkaniu dawnego ukochanego. Wszystko to pokazała w sposób zabawny i uroczy Ewa Majcherczyk. Jej dziewczęca uroda i dzwięczny sopran idealnie pasują do takich właśnie bohaterek – eterycznych arystokratek, którymi rządzą namiętności.
Wokalnie zachwyca też Ewelina Szybilska jako Serpetta. Reżyser postanowił przeistoczyć bohaterkę w starszą panią, ubraną w stateczną garsonkę i robiącą na drutach, bądz hasającą z miotłą po scenie, nie odbierając jej przy tym uwodzicielskiej iskry. To przezabawnie poprowadzona i przepięknie zaśpiewana postać.
Kolejną interesującą bohaterką jest zimna, wyrachowana Arminda, w którą wcieliła się Aleksandra Stokłosa. To rewelacyjna aktorsko w swojej karykaturalnej wyniosłości intrygantka. W dodatku, jak dowiadujemy się z libretta, zwolenniczka przemocy domowej i matriarchatu. By było nieco zabawniej, postać ubrano w kimono i wykreowano na pasjonatkę dalekowschodnich sztuk walki. Dzięki talentom Aleksandry Stokłosy, Armindy można się przestraszyć i sympatyzować z nią jednocześnie.
Duże wrażenie robi wspomniany już wcześniej Sherlock Holmes, czyli Ramiro, partia spodenkowa, wykonywana przez Annę Borucką. Wiarygodność z jaką ta utalentowana śpiewaczka wcieliła się w męską postać wrażliwca i melancholika jest bardzo imponująca. Zwłaszcza w scenie monologu, gdy „Holmes” śpiewa o swych sercowych bolączkach i usiłuje grać na skrzypcach, co jest zarówno komiczne, jak i rozczulające.
To zdecydowanie spektakl zdominowany przez kobiety. Każda z pań udowodniła, że oprócz zdolności wokalnych, posiada także komediowe. Na ich tle panowie wypadają już nieco mniej barwnie, choć jest to raczej wina libretta niż reżyserii. A Andre Heller-Lopes, z pomocą projektantki kostiumów Dagmary Walkowicz-Goleśny, robili co w ich mocy, by dodać postaciom męskim więcej charakteru. Nawet ubrali Tomasza Tracza, czyli Hrabiego Belfiore, w mundur Hansa Klossa (choć mnie osobiście bardziej przypominał despotycznego herr Flicka z serialu „Allo, allo!”). Zaś Łukaszowi Klimczakowi kazali wykonać karkołomny taniec podczas arii gdy jego bohater, Nardo, na różne sposoby wyznaje miłość wybrance swego serca. Panowie jednak sympatycznie się prezentują i śpiewają przyzwoicie, tworząc atrakcyjne dla oka i miłe dla ucha duety z paniami.

A skoro już o walorach wizualnych mowa – oprócz wymyślnych kostiumów, ogromnym atutem spektaklu jest scenografia autorstwa Renato Theobaldo. Zdecydowanie kontrastuje z modnymi ostatnio, minimalistycznymi inscenizacjami operowymi. Tutaj nic nie jest symboliczne, czy tylko zasugerowane. Widz nie musi wyobrażać sobie miejsca akcji. Dostaje je niczym gotowe danie, podane na tacy.
Pierwsze dwa akty rozgrywają się w bardzo realistycznie urządzonej bibliotece w stylu vintage. Mamy więc sięgające sufitu regały pełne książek (o detale zadbano do tego stopnia, by uniknąć powtarzalności wśród kolorystyki i formatu książkowych grzbietów), pałacowe meble, rekwizyty prosto z desy – alabastrowe figurki, czy telefon retro. Oczywiście, skoro w operze mowa jest o ogrodniczce, nadrzędnym rekwizytem są kwiaty. Przewijają się praktycznie przez całą akcję i pełnią wiele innych funkcji, poza dekoracyjną.
Trzeci akt natomiast to sceneria leśna wieczorową porą, bardzo atrakcyjna wizualnie, choć uzyskana niezwykle prostymi środkami. Bohaterowie krążą pomiędzy kolumnami drzew i migoczącymi krzewami niczym w szekspirowskim „Śnie nocy letniej”, wyposażeni dodatkowo w podświetlane kolorowymi żarówkami, białe parasole. Trochę to naiwne i zbyt kolorowe? Być może, jednak takie rozwiązanie sceniczne w operze buffa jest jak najbardziej dopuszczalne.

Muzyka, z którą z powodzeniem zmierzyła się orkiestra Opery Śląskiej pod batutą Bassema Akiki, jest bardzo żywiołowa, energetyczna, finezyjna i liryczna. Wydaje się być odzwierciedleniem temperamentu Mozarta, skomponował on bowiem „Rzekomą ogrodniczkę” mając zaledwie osiemnaście lat. Niektórzy współcześni badacze diagnozują u kompozytora ADHD, a nawet zespół Tourette’a, co ponoć słychać w jego kompozycjach. Żartobliwie przywodzi to na myśl słowa Józefa II Habsburga „za dużo nut”, którymi według niektórych zródeł cesarz podsumował prawykonanie „Wesela Figara”. Postać Wolfganga Amadeusza Mozarta, jak to zwykle bywa w przypadku artystów wybitnych, opiewa więcej legend, niż faktów.

Legendy przemijają, na ich miejscu, niczym kwiaty w ogrodzie rzekomej ogrodniczki, wyrastają nowe. Jednak muzyka pozostaje. Jest nieśmiertelnym, żywym pomnikiem geniuszu austriackiego kompozytora. Warto więc wybrać się do Opery Śląskiej by usłyszeć to niezwykle rzadko wystawiane dzieło, zachwycić się pięknem inscenizacji i oderwać od problemów dzięki jakże lekkiej w odbiorze, przyjemnej i przezabawnej historii. Historii, w której miłość wyzwala w człowieku zarówno najlepsze, jak i najgorsze cechy, lecz finalnie odnosi zwycięstwo i prowadzi do upragnionego happy endu.