Moniuszko odczarowany. „Halka” w Filharmonii Berlińskiej.

„Jak niewiele ma znaków to ubogie ciało,
Gdy chce o sobie samym dać znać, co się stało…
Stało się, bo się stało! Już się nie odstanie!
Patrzę ciągle i patrzę, jak gdyby w otchłanie”
(Bolesław Leśmian)

Miłość nieszczęśliwa. Miłość z tragicznym finałem – najlepiej, z uszlachetniającym cierpiącego bohatera samobójstwem, zamiast zemsty i zbrodni. Czy może istnieć bardziej uniwersalny temat operowego libretta? Czy nie jest właśnie tym, czego publiczność łaknie najbardziej, w czym szuka wzruszenia, ucieczki od własnej niedoli, pokrzepienia serc, katharsis?
Mogłoby wydawać się, że „Halka” Moniuszki, historia prostej dziewczyny, porzuconej, wykorzystanej, obsesyjnie zakochanej w arystokracie, który żeni się z inną, to gotowy materiał na operowy sukces. Gdyby potraktować realia Rzeczpospolitej szlacheckiej, tatrzańską scenerię, góralski folklor, jako dodatki czysto umowne, zaledwie tło akcji melodramatu, czy „Halka” zyskałaby bardziej zaszczytne miejsce w panteonie słynnych oper, o które walczy nieprzerwanie, od warszawskiej prapremiery w 1858 roku?

Krytycy, entuzjaści muzyki, historycy i artyści, toczą nie kończącą się debatę o przyczynach, dla których Moniuszko w wymiarze międzynarodowym wciąż pozostaje kompozytorem powszechnie nieznanym, niszowym, rozsławionym jedynie lokalnie, na byłych i obecnych polskich ziemiach. Mimo, iż mija właśnie 200. rocznica urodzin autora „Halki”. Po dziś dzień nie brak złośliwców i malkontentów, zarzucających mu niedostateczny talent do komponowania oper, zapętlenie się we własnych ambicjach, powielanie swoich wykorzystanych już pomysłów. Można wręcz odnieść wrażenie, iż nad kompozytorem ciąży jakaś niezdefiniowana klątwa. Próbowała ją złamać Maria Fołtyn, propagatorka muzyki Moniuszki, wystawiając „Halkę” w tak egzotycznych lokalizacjach jak Meksyk, Hawana, Osaka czy Nowosybirsk.
Próbują też, na szereg wymyślnych sposobów, współcześni reżyserzy. Losy „Halki” w jej wymiarze scenicznym są zatem pełne zawirowań. Dla podkreślenia uniwersalnego przekazu opery, dokonywano np.: całkowitej eliminacji folkloru, bądź też na odwrót, eliminacji szlacheckości, jak również przeniesienia akcji do XXI wieku, a nawet uwypuklenia cech atawistycznych bohaterów, czyniąc z nich jednostki wręcz animalne. Ostatecznie osiągając efekt, w którym forma dominowała nad treścią.

Artyści Teatru Wielkiego w Poznaniu podczas wyjątkowego, koncertowego wykonania „Halki” w historycznym wnętrzu Filharmonii Berlińskiej udowodnili jednak, że „mniej” znaczy „lepiej”. Opierając siłę przekazu opery na muzyce Moniuszki. Muzyce melodyjnej, lirycznej, pełnej ornamentyki, dramatycznej i porywającej.

10

Orkiestra pod dyrekcją maestro Gabriela Chmury przeniosła publiczność wgłąb dramatycznej, a jednocześnie bardzo intymnej historii miłosnej, opowiedzianej dźwiękiem. Opierającej się na trzech filarach wykonawców: Magdaleny Nowackiej (Halka), Dominika Sutowicza (Jontek) i Łukasza Golińskiego (Janusz). Tych właśnie, troje solistów błyszczało najjaśniej, nie tylko prezentując najwyższy poziom wokalny, lecz także wzniecając emocje i napięcie w ich wzajemnych interakcjach, co nie jest łatwe do ukazania w wersji koncertowej. Magdalena Nowacka sportretowała postać Halki w sposób nieszablonowy, lecz atrakcyjny, idąc raczej w kierunku obrazu kobiety po przejściach, która walczy o choćby najmniejszy skrawek dawnego szczęścia, niż zagubionego w meandrach pierwszego uczucia, zawiedzionego dziewczęcia. Jontek w wykonaniu Dominika Sutowicza ma w sobie dostojny tragizm i frasobliwą szlachetność. Jest to bez wątpienia tenor stworzony do tej partii i można odnieść wrażenie, że Moniuszko pracował nad liryczną dumką „Szumią jodły na gór szczycie” właśnie z myślą o nim. Łukasz Goliński, wcielając się w postać Janusza, oddał całe okrucieństwo i tchórzliwą niedojrzałość bohatera, skrywane pod maską arystokratycznej dumy.
Koncert uatrakcyjnił świetny chór, przemieszczający się wewnątrz sali koncertowej, wśród widowni, a nie jedynie górujący statycznie nad orkiestrą.

Wątpliwości mogą budzić jedynie pojawiające się od czasu do czasu skróty w partyturze, zbędne jest także przeniesienie mazura na sam finał opery, już po dokonaniu przez Halkę aktu samobójczego. Rozbrzmiewająca wówczas, żywiołowa, radosna muzyka, przysłania werterowski nastrój tej sceny, odwraca uwagę od nieszczęśliwego losu głównej bohaterki.

Publiczność zgromadzona w Filharmonii Berlińskiej nagrodziła artystów długimi owacjami i z ulgą należy przyznać, iż na widowni nie zasiadali wyłącznie Polacy. Dzięki temu opera doczekała się tak bardzo wytęsknionego, międzynarodowego odbioru.
Ten niezwykły koncert nie mógłby odbyć się bez Patrona Honorowego, Ambasady Rzeczpospolitej Polskiej w Berlinie, a także dofinansowania ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, współpracy z Instytutem Adama Mickiewicza, Instytutem Polskim w Berlinie, dotacji Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej, patronatu Polskiego Wydawnictwa Muzycznego.

Moniuszko został odczarowany. Jego muzyka powróciła do Berlina, w którym za młodu szlifował swój kompozytorski talent. Echa koncertowego wykonania „Halki” jeszcze długo rozbrzmiewać będą nie tylko w Niemczech i na terenie Polski. Artyści Teatru Wielkiego w Poznaniu udowodnili, iż kluczem do zrozumienia i pokochania opery jest właśnie muzyka. Która odpowiednio wyeksponowana i wykonana na należytym poziomie może odkryć przed odbiorcą zupełnie nowe światy i wzniecić apetyt na więcej.

Koncert odbył się 1 października 2019 roku.

 

Z ziemi polskiej do Berlina. Zapowiedź koncertowego wykonania „Halki” w Filharmonii Berlińskiej.

„Wybierając przedmiot treściwy i bogaty, Moniuszko zamierzył za pośrednictwem sztuki rozwiązać zagadnienie społeczne, co spełnił z tem większem namaszczeniem, że na osnowę dramatu wziął świadectwo żywotności rdzennie polskiej. W charakterystyce podhalan mistrz odczuł dobrą nowinę dla żyjących, prawdę wiekuistą dla pokoleń, wskazówkę dla pięknotwórców.” Tak pisał o „Halce” Bolesław Wilczyński w wydanej w 1900 roku biografii Stanisława Moniuszki. „Halce”, uważanej po dzień dzisiejszy za najdoskonalsze z dzieł operowych kompozytora. Ojca polskiej opery narodowej, nazywanego przez jemu współczesnych, „poetą dzwięków” obdarzonym „geniuszem sztuki”.

Praktycznie po kres swego żywota, Moniuszko marzył, by jego twórczość operową doceniono w świecie i czynił ku temu liczne starania. Po prapremierze czteroaktowej, finalnej wersji „Halki” na deskach Teatru Wielkiego w Warszawie pod batutą Jana Quatriniego, ówczesnego dyrektora (1858), przyszedł czas na Wilno (1860), Kraków (1865), Moskwę i Lwów (1867), Pragę czeską (1868) oraz Petersburg (1870). Jednakże, za życia Stanisława Moniuszki nie udało się wystawić opery ani w Paryżu, do którego kompozytor osobiście udał się w 1861 roku już po raz drugi, ani w Wiedniu, ani również w Berlinie. W Berlinie, gdzie w 1937 roku Moniuszko kształcił się w Berlińskiej Akademii Sztuk Pięknych u profesora Carla Friedricha Rungenhagena, szefa katedry Instytutu Muzycznego.

Źrodło inspiracji dla młodego kompozytora mieli wówczas stanowić „poważni” mistrzowie, tacy jak Gluck, Haendel, Bach, Haydn, Mozart i Beethoven. Do włoskiego liryzmu, ciepła i fantazji w melodii odnoszono się w dziewiętnastowiecznym Berlinie z dużą rezerwą. Niemodny był zatem „italianizm”, a już z pewnością nie „rossinizm”, stawiany na równej szali z „sensualizmem”, a więc wychodzącym poza ówcześnie panujące konwenanse, nazbyt swobodnym stylem, który raczej budził śmieszność niż wzruszenie, a wręcz uważany był za pusty i upadły. Okres berliński nie pozostał bez wpływu na twórczość operową Moniuszki, jednak to nuta słowiańska, rdzennie polska, niezaprzeczalnie ją zdominowała. Stanisław Niewiadomski, jeden z późniejszych biografów kompozytora, twierdził, iż „nie mając wpływów, jako państwo z kart Europy wykreślone, nie mogła Polska dostatecznie poprzeć swego arcydzieła narodowego, ani się nim pochwalić”, tłumacząc w ten sposób niedostateczny sukces „Halki” na europejskich scenach.

W tym roku przypada 200. rocznica urodzin Stanisława Moniuszki. Nie ma zatem bardziej dogodnej sposobności na przypominanie i promowanie jego dorobku artystycznego, także poza granicami Polski. Na tę okoliczność, 1 października 2019 roku, Teatr Wielki Opera w Poznaniu zaprezentuje koncertowe wykonanie „Halki” w słynnej Filharmonii Berlińskiej – Berliner Philharmonie. Kierownictwo muzyczne obejmie Maestro Gabriel Chmura, zaśpiewają natomiast znakomici polscy soliści:

Halka – Magdalena Molendowska, Jontek – Dominik Sutowicz, Janusz – Łukasz Goliński, Stolnik – Rafał Korpik, Zofia – Magdalena Wilczyńska-Goś,  Dziemba – Damian Konieczek, Góral – Piotr Friebe.

Patronat honorowy nad tym wyjątkowym wydarzeniem objęła Ambasada Rzeczypospolitej Polskiej w Berlinie.

halka_pl

Miłość i samotność. „Halka” w Operze Wrocławskiej.

„I niech sobie będą wszyscy mądrzy ze swoimi rozumami, a ja z moją miłością niech sobie będę głupi.” Ta gorzka refleksja mogłaby zrodzić się w głowie nieszczęśliwie zakochanej Halki – refleksja Edwarda Stachury z jego powieści poetyckiej „Siekierezada albo Zima leśnych ludzi”.
Główny bohater, poeta, podobnie jak Halka kocha wbrew własnemu rozsądkowi, wbrew osądom społeczności, w której się znalazł i wbrew sytuacji realnej – dzielącej go z obiektem uczuć barierze nie do pokonania. A także, zarówno poecie, jak i Halce, towarzyszy nieustanna, zimna i nieczuła samotność. Ta samotność przemawia z każdej sceny i z każdego obrazu wrocławskiej inscenizacji opery Moniuszki w reżyserii Grażyny Szapołowskiej. Gdzie tak wyraznie zarysowano sytuację Halki – że podobnie jak bohater „Siekierezady”, jest ona outsiderem i wyrzutkiem.

Od dnia premiery za spektaklem ciągnęło się widmo kontrowersji. Natychmiast rozbrzmiały liczne głosy sprzeciwu, zarzucające reżyserce nadmierną ingerencję w treść libretta, a tym samym pogwałcenie sacrum, jakim jest sztuka. Sama Szapołowska również podsyciła wrogie nastawienie recenzentów, niepotrzebnie ujawniając w wywiadzie własną koncepcję, wedle której zamierza ona ocalić życie główniej bohaterki. Oglądając spektakl, czekałam więc na nagłośnioną uprzednio kontrowersję, niczym obserwator gotyckich ruin z Friedrichowskiego pejzażu romantycznego. Ruin, które za chwilę mają rozsypać się w bezkształtne gruzy. Jednakże, nie doczekałam się.

Przestrzeń sceniczną wypełnia realistyczna scenografia imitująca skalisty krajobraz górski. Sama reżyserka zdradziła, iż inspirowała się czarno-białą fotografią z początku XX wieku. Moim natychmiastowym skojarzeniem były tatrzańskie pejzaże uwiecznione na autorskich zdjęciach Stanisława Ignacego Witkiewicza. Nie ma w prawdzie pewności, czy Witkacy, wielki miłośnik gór, jako artysta wszechstronny, marzył o wystawieniu „Halki”. Choć w dramacie „Halka Spinoza albo Opera utracona albo Żal za uciekającym bezpowrotnie życiem” Jerzego Grzegorzewskiego, Witkacy ukazany jest właśnie jako reżyser, próbujący nakręcić własną, filmową wersję „Halki” w konwencji Czystej Formy, w duchu awangardy. I śmiem przypuszczać, iż gdyby faktycznie taka inscenizacja doszła do skutku, podniosłaby jeszcze większe larum wśród operowych konserwatystów, niż ta wyreżyserowana przez Szapołowską.

Surowa forma scenografii, nagie skały pozbawione roślinności, a więc jakiejkolwiek formy życia, to trafna, choć może nieco banalna sceneria do rozgrywających się w dziele Moniuszki, dramatycznych wydarzeń. Z zawiedzioną, pierwszą niewinną miłością szczerej, prostej dziewczyny. Z wewnętrznym rozdarciem jej kochanka, wahającego się pomiędzy uczuciem i obowiązkiem wobec dwóch kobiet. Z nie potrafiącym pogodzić się z odrzuceniem Jontkiem, który w tej inscenizacji jest nieco bardziej rozhisteryzowany, a chwilami wręcz narcystyczny (co w mojej ocenie jest akurat zbędne i nieco odziera go z wizerunku ideału męskiej wierności). A przede wszystkim, podkreślają samotność zagubionej w chaosie własnych uczuć, poddanej społecznemu ostracyzmowi, nadwrażliwej Halki. Samotnej w swoim nieszczęściu, samotnej ze swą nieodwzajemnioną miłością.

Jednakże, czy dramatyzm wyżej wymienionych stanów, sytuacji i interakcji pomiędzy bohaterami, jest w tym spektaklu widoczny? Chciałabym, by tak było. Mamy jednak, w duetach i scenach zbiorowych, za dużo śpiewania do publiczności, co stwarza wrażenie, że oglądamy koncert. Pomiędzy Halką a Januszem nie czuć tzw. chemii, podobnie jest gdy na scenie towarzyszy jej Jontek. Nadmierna szablonowość i zachowawczość w ruchu scenicznym sprawiają, że przepiękna, naładowana emocjami muzyka Moniuszki nie zawsze idzie w parze z nastrojem panującym na scenie.
Warto natomiast podziwiać kunszt z jakim zaprojektowano i wykonano kostiumy. Ludowe, tradycyjne, barwne, uszyte z dbałością o detale.

Wśród solistów najjaśniej lśni Joanna Zawartko, odtwórczyni partii Halki. Zachwyca nie tylko pięknym, świeżo brzmiącym wokalem, lecz także dziewczęcym urokiem. Młodość solistki to niekwestionowany atut. Jej Halka jest wiarygodna w swojej miłości do Janusza, a także w swej rozpaczy czy obłędzie. Doskonale zaśpiewany recitativ „Ha, dzieciątko nam umiera” z cavatiną „O mój maleńki, któż do trumienki” pozostanie w mej pamięci na bardzo długo.
Również Jury Horodecki, młody tenor z Białorusi, jest olśniewający w partii Jontka. Szlachetna barwa głosu, prawdziwa lekkość śpiewania i do tego bardzo dobra polska dykcja skutecznie odwracają uwagę od dość sztywno wyreżyserowanej postaci. To jeden z najlepszych Jontków, jakiego miałam przyjemność posłuchać w ciągu ostatnich kilku lat.

Wrocławska „Halka” jest muzyczną ucztą. Marcin Nałęcz-Niesiołowski potrafi wydobyć z orkiestry wszystkie atuty muzyki Moniuszki, jej melodyjność, ornamentykę poloneza, siarczystość mazura. Wykonanie Orkiestry Opery Wrocławskiej płonie żywym ogniem pasji i namiętności, zniewala od uwertury aż po finał.

A co z kontrowersją? Zakończenie spektaklu w reżyserii Grażyny Szapołowskiej nie jest jednoznaczne. Postać Halki znika, ale dokąd? Choć chór śpiewa o jej utonięciu, nie uzyskujemy odpowiedzi, czy bohaterka jednak przeżyła i oddaliła się, czy też jej dusza uleciała do innego, lepszego świata. To zakończenie otwarte, pozostawione do dowolnej interpretacji widza.

Można więc brać pod lupę reżyserię i libretto, kładąc na szali detale decydujące o odbiorze całokształtu dzieła. Ale można też spojrzeć na wrocławską „Halkę” jak na obraz na wystawie, który w zestawieniu z naszym wyobrażeniem po przeczytaniu opisu w katalogu, okaże się czymś nowym i zaskakującym. Niekoniecznie negatywnie.

 

oksza_galeria_09_wi038--
Stanisław Ignacy Witkiewicz, „Chmury nad Giewontem podczas wiatru halnego”.  Fotografia datowana na 1902 r., ze zbiorów Muzeum Tatrzańskiego w Zakopanem.

Pogodzić się ze stratą. „Halka” w Operze Śląskiej w Bytomiu.

Rok Moniuszkowski za pasem, zbliża się 200. rocznica urodzin polskiego kompozytora narodowego, zatem rodzime teatry operowe wprost prześcigają się w wystawianiu jego dzieł. Czasem jest to odświeżanie rzadkich, niemal zapomnianych oper, jak w przypadku Opery Krakowskiej i koncertowego wykonania „Beaty”. Innym razem stawia się na klasykę i najsłynniejsze kompozycje w artystycznym dorobku Stanisława Moniuszki. Taką koncepcję obrała Opera Śląska w Bytomiu, inaugurując sezon artystyczny 2018/2019 wznowieniem „Halki” w reżyserii Marka Weissa-Grzesińskiego z 2005 roku.

W czym tkwi fenomen tej w gruncie rzeczy prostej historii o porzuconej dziewczynie, która z powodu nieodwzajemnionej miłości popada w obłęd? Czy operowa publiczność aż tak upodobała sobie ckliwe melodramaty? „Halka”, nazywana przez niektórych polską „Madamą Butterfly” ze względu na swoistą powtarzalność losów bohaterki, zachwyca przede wszystkim od strony muzycznej. Partie chóralne, począwszy od otwierającego pierwszy akt poloneza „Niechaj żyje para młoda”, poprzez charakterystycznego mazura, arię Halki „Gdyby rannym słonkiem” z drugiego aktu, słynną liryczną dumkę Jontka „Szumią jodły”, czy recitativ Halki „Ha, dzieciątko mi umiera!” z cavatiną „O mój maleńki, któż do trumienki” w finalnym akcie, nadają tej skomponowanej w latach 1846-47 operze status arcydzieła.

Inscenizacja Marka Weissa, w kontraście do historycznego i geograficznego miejsca akcji opery, które raczej nie sposób znacznie modyfikować unikając rozbieżności z librettem, wydaje się nieco kontrowersyjna. Owszem, mamy solistów, chór i balet w strojach szlacheckich (kontusze, żupany, etc.) oraz tradycyjnych góralskich strojach ludowych. Z założenia mieli oni wyróżniać się na neutralnym, symbolicznym tle. W praktyce jednak, scenografia autorstwa Borisa Kudlicki i Marcelego Sławińskiego prezentuje się bardziej prowizorycznie, niż symbolicznie. Wszechobecna biel ścian, proste metalowe rusztowanie, zarys szczytów górskich uformowany z szeregu drobnych, zielonych żarówek, ściana z pionowych desek i czarno-białe, powtarzające się podczas solowych arii Halki wizualizacje multimedialne o przygnębiającej, symbolicznej treści. To jedyna sceneria, w jakiej rozgrywają się sceniczne dramaty i jest zdecydowanie zbyt oszczędna by w wiarygodny sposób poruszyć wyobraznię i serce widza. Uwagę przykuwa jedynie wizualizacja z płonącą powoli, nagą lalką, co niewątpliwie nawiązuje do odarcia głównej bohaterki z niewinności i godności. Niepotrzebnie jednak motyw ten wyświetlany jest więcej niż raz.

Również nie wszystkie zabiegi reżyserskie są logiczne i zrozumiałe. Rewelacyjnie wypada scena zrękowin Janusza i Zofii, gdzie chór i soliści posadzeni są za ogromnym stołem i wyglądają niczym żywy, ruchomy i śpiewający obraz, jaki mógłby wyjść nawet spod pędzla samego Matejki. Pózniej jest różnie. Duety Halki i Janusza wypadają raczej wiarygodnie, natomiast scena, w której panicz na stronie przyznaje się do skrzywdzenia dziewczyny została wyreżyserowana w taki sposób, jakby publicznie przyznawał się do swojego występku. Co może być bardzo mylące dla mniej wyedukowanego operowo widza. Dziwnie wygląda również moment gdy Halka śpiewa o umierającym dzieciątku, a Jontek owo dziecię po prostu przyprowadza, o jego własnych siłach. Ostatecznie scena ta broni się tylko gdy założymy, że stan agonalny dziecka to jedynie urojenie głównej bohaterki. Jednak wówczas postać Halki nie wzbudzałaby należytego współczucia po akcie samobójczym. Ów akt samobójczy natomiast, to po prostu skok z metalowego rusztowania w nieokreśloną przestrzeń, co przywodzi na myśl bardziej skojarzenia okrętowe, niż tatrzańskie. Niewątpliwie urzeka jednak balet, chociażby w widowiskowym mazurze.

Spośród solistów wyróżnia się przede wszystkim Jolanta Wagner, kreująca postać Halki. To od początku do końca niezwykle emocjonalne wykonanie. Pełne ekspresji, zarówno w śpiewie, jak i każdym geście, a przede wszystkim spojrzeniu. Warto było zasiąść w bliższych rzędach, by móc podziwiać lęk, iskrę nadziei, dziewczęcą naiwność, zagubienie, rozpacz i tęsknotę w oczach solistki. Jolanta Wagner w wiarygodny sposób sportretowała skrzywdzoną, nieszczęśliwą, nadwrażliwą kobietę, która poprzez szereg intensywnych, gwałtownych emocji odnajduje drogę do ostatecznego pogodzenia się ze stratą jedynego mężczyzny, jakiego była w stanie pokochać. Po finalnej scenie zrozumienia, że jedynym remedium na jej złamane serce jest śmierć, pozostawia widza w stanie wzruszenia i zadumy.
Z partnerujących jej panów, wokalnie i aktorsko bardzo korzystnie wypada Adam Wozniak, w czym nie przeszkodziła nawet przemelodramatyzowana reżyseria. Jego Janusz jest dumny, dostojny, a zarazem emocjonalnie rozdarty i słaby. Jontek zaś, ukazany jest jako mężczyzna pełen pasji, namiętności, góralskiego temperamentu i czasami wręcz agresji. Nieustannie jednak towarzyszy mu niemoc w sprawach miłosnych, co ostatecznie pozostawia go w stanie rezygnacji i żalu. Nie jest to wymarzona partia dla tenora Macieja Komandery, który zdecydowanie lepiej wypada w kreacjach operetkowych. Na uwagę zasługuje natomiast Zbigniew Wunsch w niewielkiej partii Dziemby, mocny bas z nienaganną dykcją i artykulacją.

Orkiestrę Opery Śląskiej poprowadził angielski dyrygent Stephen Ellery. To wielki miłośnik twórczości Stanisława Moniuszki i dyrektor Polskiej Opery w Londynie. Tę miłość do polskiego kompozytora i wielkie zaangażowanie dyrygenta słychać było w każdym dzwięku. Co jest jednym z największych atutów spektaklu.

Inscenizacja Marka Weissa, pomimo niedostatków wizualnych, ma swoisty urok. Eksponuje solistów i relacje jakie zachodzą między bohaterami. Pozwala skupić się na stricte dramatycznej i muzycznej warstwie dzieła. I nie ulega wątpliwości, że jak Polska długa i szeroka, „Halka” wzrusza i będzie wzruszała kolejne pokolenia widzów. Ukazując dwoistość ludzkiej natury i ponadczasowy tragizm odrzucenia miłości niewinnej, czystej i szczerej.