To nie sztuka – pięknie żyć – lecz pięknie umrzeć. „Ofelia” Sir Johna Everetta Millais.

Prerafaelici mieli dość niewygodną, ale jakże inspirującą słabość do ilustrowania nieszczęść pięknych, młodych kobiet. Począwszy od ich smutku w samotności i izolacji, poprzez bezcelowe oczekiwanie na miłość i szczęście, które nigdy nie nadejdą, na śmierci skończywszy. Legendy, mity, literatura, były dla nich kopalnią pomysłów. I nie wątpię, że sam Shakespeare, po którego twórczość sięgali najchętniej, byłby im wdzięczny za tak wiele misternie wykonanych, kipiących symbolicznymi detalami, wręcz żywych obrazów, powołanych do istnienia z kart jego dramatów niczym duchy na seansie spirytystycznym.

Chyba nie ma w historii literatury piękniejszego plastycznie zgonu, niż ten u bohaterki szekspirowskiej tragedii „Hamlet”. Młodej, uroczej i pod względem osobowości tak interesującej, jak czysta kartka papieru, Ofelii. Lecz to nie ona sama ma przykuwać uwagę, lecz jej obłąkanie oraz jego rezultat – śmierć.
Gdy jej zawiedzione po raniących deklaracjach ukochanego Hamleta serce przeżywa jeszcze dotkliwszy cios – zabójstwo jej ojca z ręki tegoż ukochanego, bohaterka traci kontakt z rzeczywistością. Przez monolog obłąkanej, wygłoszony tuż przed samobójstwem, przeplata się cała seria nazw ziół i kwiatów, które pózniej, nomen omen, dryfują po powierzchni rzeki niczym całun okrywający jej martwe ciało.

Sir John Everett Millais był bardzo dokładny w ukazaniu wszystkich roślinnych detali. Na obrazie jest ich tyle, że przy pierwszej konfrontacji z płótnem stosunkowo niewielkich rozmiarów (76 x 112 cm) nie wiadomo, gdzie patrzeć. Centralnym punktem obrazu jest bezwładne ciało dziewczyny unoszące się na praktycznie nieruchomej tafli rzeki jak duch. Gdyby na chwilę odsunąć w niepamięć całą genezę postaci i jej zgonu, można odnieść wrażenie, iż dryfuje ona na powierzchni jeziora. Otaczają ją motywy roślinne, niektóre żywe, inne martwe jak ona sama. Baldachim zarówno kwitnących, jak i bezlistnych gałęzi ponad jej głową, kobierzec mchu u brzegu, zerwane przez nią uprzednio polne kwiatki w jej zesztywniałej dłoni i w fałdach sukni. Ich naturalistyczny efekt dają delikatne muśnięcia bardzo cienkiego pędzla z gęstą, nierozcieńczoną farbą olejną.

Twarz Ofelii zastygła wydając ostatnie tchnienie. Nie zdążyła zamknąć szklistych od łez oczu. Bezkresny smutek i tęsknota jej martwego spojrzenia mrożą krew w żyłach. Jej policzki są nadal lekko zaróżowione, co stanowi o bardzo niedawnym czasie zgonu. Ten fakt, uwieczniony na obrazie, dodatkowo wzmaga u odbiorcy uczucie dyskomfortu. Bohaterka wygląda jak żywa, a jednak jest już za pózno. Jej zesztywniała dłoń nie rozprostuje palców. Z chwilą odejścia z ziemskiego padołu, wtopiła się w pejzaż natury i stała się jej częścią.
Scena przywołuje na myśl wiersz amerykańskiej poetki Emily Dickinson, która pisała:
„Podoba mi się w Agonii
To – że jest zawsze prawdziwa
Nie symuluje się konwulsji
Ataku Bólu – nie odgrywa”
To właśnie wrażenie autentyczności oddaje hiperrealistyczne dzieło malarskie pędzla niewiele ponad dwudziestoletniego angielskiego geniusza.

Millais zaczął obraz od namalowania samego wodnego pejzażu, w który – dosłownie i w przenośni, wtopił postać modelki. Modelką została Elizabeth Siddal, mająca wówczas lat dwadzieścia. Malarz wypatrzył ją na targu w Covent Garden, gdzie pracowała jako sprzedawczyni. By osiągnąć zamierzony efekt, artysta kazał jej pozować leżąc w wannie z wodą, podgrzewanej od spodu przez specjalne lampy.

Ukończone dzieło wystawiono na widok publiczny w 1852 roku w Royal Academy of Arts. Uznano je za przełomowe, gdyż Millais zerwał z dotychczas panującą wśród ilustratorów modą na wizerunek Ofelii jako uwodzicielskiej. John Ruskin, jeden z najważniejszych krytyków sztuki epoki wiktoriańskiej, opisał obraz jako „uroczy angielski pejzaż, nawiedzony przez smutek”.

Dziś, „Ofelia” jest częścią ekspozycji stałej w muzeum Tate Britain w Londynie.

ofelia01

ofelia03

ofelia02

ofelia04

Opowieść detalami snuta. Sir John Everett Millais i jego „Mariana”

Obraz jest główną atrakcją wystawy czasowej „Reflections: Van Eyck i Prerafaelici” w National Gallery w Londynie. Pożyczony na tę okoliczność z Tate Gallery of Modern Art, jest najbardziej przykuwającym uwagę dziełem malarskim, z którym spotkałam się od wielu lat.

To nie jest obraz, który ogląda się w mniej niż 30 sekund i jak gdyby nigdy nic, przechodzi do kontemplacji kolejnego. Zresztą, pomijam fakt, iż prawie nigdy nie traktuję w ten sposób obrazów gdy spotykam się z nimi. Bo z własnej woli oglądam tylko te, które mnie naprawdę interesują. Jednakże, ad rem.
Tu zachodzi relacja, odbiorca w momencie tete-a-tete z dziełem, czuje się jakby otwierał księgę. Albo, jeszcze lepiej, otwierał okno. Za którym istnieje świat, o którym nie miał dotąd pojęcia. Świat detali hipnotyzujących i zawłaszczających myśli, duszę. Magnetyzm, który sprawia, że czas staje w miejscu. Na jak długo? Nie wiadomo. Czas to pojęcie względne, a w konfrontacji ze sztuką, u każdego wydłuża się na innych zasadach.

Millais, podobnie jak inni brytyjscy artyści z kręgu Prerafaelitów, (okres twórczości przypadający głównie na drugą połowę dziewiętnastego wieku), Rosetti, Waterhouse, itd., miał słabość do malarstwa ilustracyjnego. Częstą inspiracją była literatura piękna, zaś prym wiódł nie kto inny jak Shakespeare i jego dramaty. To właśnie Millais jest autorem najsłynniejszego obrazu ukazującego Ofelię, dryfującą melancholijnie na powierzchni strumienia, wśród polnego kwiecia.
Tytułowa Mariana to również bohaterka szekspirowskiego dramatu – „Miarki za miarkę”. W literaturze, jest symbolem porzuconej narzeczonej. Jej ukochany Angelo opuszcza ją w momencie, gdy na skutek katastrofy okrętu, Mariana traci cały swój posag. Ona jednak, nie potrafiąc przestać go kochać, wiedzie żywot w samotności, izolacji i beznadziejnej tęsknocie.

I taką właśnie Marianę ukazał Millais. Wokół niej panuje tak sterylna cisza, że niemal słyszalny jest szelest liści na podłodze, smaganych subtelnymi podmuchami wiatru. Każdy liść, rzecz jasna, jest dokładnym studium rośliny. Nie jest jedynie zasugerowany. Ich hiperrealizm wręcz poraża, podobnie jak w przypadku pozostałych detali otaczających bohaterkę. (Nie użyję tu określenia „modelka”, mając do czynienia z ilustracją.) Geometryczna dokładność szkiełek w witrażu okna. Staranność wykonywanego przez nią haftu. Nawet czystość obrusu na stole oraz podłogi, czy też stan zakonserwowania drewna taboretu, z którego wstała dosłownie przed chwilą, by wyprostować obolałe plecy – to wszystko namalowane zostało z wręcz fotograficzną precyzją. Podobnie jak sama postać Mariany. Subtelne pociągnięcia pędzla z chabrowym odcieniem farby na warstwie czarnej bazy, pozwalają odgadnąć wprawnemu oku, iż suknia bohaterki została uszyta z granatowego weluru. Nawet sposób w jaki namalowano jej włosy, pozwala przypuszczać, iż myła je co najmniej dwa dni wcześniej. Na jej twarzy natomiast maluje się smutna obojętność, jakby doskonale zdawała sobie sprawę, iż narzeczony nigdy nie powróci i jej oczekiwanie jest bezcelowe.
Gdy po raz pierwszy wystawiono obraz na widok publiczny w 1851 roku, towarzyszyły mu frazy z wiersza Lorda Alfreda Tennysona pod tym samym tytułem, „Mariana”:
„She only said, ‚My life is dreary,
He cometh not,’ she said;
She said, ‚I am aweary, aweary,
I would that I were dead!'”
Bohaterka, zdająca sobie sprawę z własnego beznadziejnego położenia, pogrążona w niegasnącej tęsknocie, życia martwym życiem, bezcelowo zabijając czas poprzez próby twórczości artystycznej (haft), nie pragnie niczego oprócz śmierci. To sugeruje także witraż w oknie, do którego zwraca twarz, zawierający sentencję „In coelo quies”, która oznacza nie mniej, ni więcej jak „odpoczynek jest w niebie”.
W kontraście do tak bogatej ilości detali, wypełniających niemal całą kompozycję, zaskakuje stosunkowo niewielki format obrazu – jedynie 60 x 50 cm.

Czas Mariany płynie wolniejszym rytmem niż czas przeciętnego śmiertelnika. I każdego, kto spotyka się z jej wizerunkiem na obrazie, zatrzymuje ona przy sobie. Wydaje się wręcz, że umieściła samą siebie w tej alternatywnej czasoprzestrzeni, zatrzymała się na pewnym etapie życia i wsiąkła w swoje położenie tak bardzo, że zmiana wcale by jej nie uszczęśliwiła. A śmierć, której wyczekuje, wciąż nie nadchodzi…

John_Everett_Millais_-_Mariana_-_Google_Art_Project