Próba do gali „Wiedeń dla Kiepury” – fotorelacja. 52. Festiwal im. Jana Kiepury w Krynicy.

Tak wyglądały przygotowania do gali finałowej 52. Festiwalu im. Jana Kiepury w Krynicy- Zdroju.

Soliści: Isabel Seebacher, Elisabeth Schwarz, Jeffrey Treganza, Vincent Schirrmacher
Klarnet: Thomas Lukschander
Orkiestra: Wiener Opernball Orchester
Dyrygent: Uwe Theimer
Prowadzenie: Jerzy Snakowski

Przygotowanie koncertu: Profesor Ryszard Karczykowski

Reklamy

Wiedeńscy czarodzieje. O koncercie „Wiedeń dla Kiepury”. 52. Festiwal im. Jana Kiepury w Krynicy.

To jak nieoczekiwanie spotkać dawną miłość. Taką, która z upływem czasu nie zwiędła, nie utraciła czaru – przeciwnie – nabrała jeszcze bardziej intensywnych kolorów, niczym dojrzewające w słońcu owoce. Jej rysy wypiękniały i wyszlachetniały. Tak właśnie poczułam się, gdy po latach na krynicki deptak powróciło widowisko plenerowe wieńczące Festiwal im. Jana Kiepury.

Można przyjąć, że to efekt nostalgii. Nostalgii do czasów, gdy dopiero zaczynałam moją przygodę z operą i operetką – ponad 20 lat temu. Właśnie tu, w Krynicy. Gdy dyrektorem Festiwalu im. Jana Kiepury był niezastąpiony Bogusław Kaczyński, a na scenie błyszczały takie osobowości sceniczne, jak Krystyna Tyburowska, Wanda Polańska, Grażyna Brodzińska, Jan Wilga i wielu innych, legendarnych za życia, polskich śpiewaków.
To właśnie koncerty plenerowe najwyrazniej zapisały się w mojej pamięci. Zasłuchane tłumy zgromadzone na deptaku, Muszla Koncertowa i neorenesansowy Stary Dom Zdrojowy w blasku kolorowych żarówek, w powietrzu lekki wieczorny chłód u schyłku lata, a na scenie – walce, czardasze, arie szampańskie, arie ze śmiechem… Czysta magia.

Magia powróciła wraz z 52. edycją festiwalu. Na największej w historii tego wydarzenia, plenerowej scenie, pod hasłem „Wiedeń dla Kiepury”, zabrzmiała muzyka nie tylko niezwykle ważna w międzynarodowej karierze Jana Kiepury, lecz także ukochana przez Bogusława Kaczyńskiego – operetka. W tych niezwykłych okolicznościach, małe uzdrowisko położone w malowniczym Beskidzie Sądeckim przeistoczyło się na jedną noc w dystyngowaną, wiedeńską, operetkową scenę.

Orkiestra Wiener Opernball Orchester pod dyrekcją Uwe Theimera to niewątpliwie główni cudotwórcy czarownej atmosfery tamtego wieczoru. Filar podtrzymujący wysoki poziom koncertu. Wirtuozeria, lekkość, gracja i smak, w każdym dzwięku, przywodziły na myśl nie tylko namiętnie wysłuchiwane przeze mnie koncerty noworoczne Filharmoników Wiedeńskich, lecz także stare płyty analogowe z muzyką Straussa, których słuchałam przed laty w domu mojej babci. Któż nie zna i któż nie słyszał w swoim życiu dziesiątki, a nawet setki razy walca „Nad pięknym modrym Dunajem”? Dzięki wykonaniu Wiener Opernball Orchester można było zamknąć oczy i przenieść się prosto do Wiener Musikverein. Chociaż, sceneria krynickiego deptaku stała się wówczas wcale nie mniej atrakcyjną. Każdy instrumentalny utwór, czy to uwertura do „Nocy w Wenecji”, czy walce z „Księżniczki Czardasza”, uskrzydlały dusze zasłuchanej publiczności.

Solistów można porównać do klejnotów lśniących w diademie, jaki tworzyła orkiestra. Dwa soprany i dwóch tenorów – każde z nich imponuje nie tylko siłą i szlachetną barwą głosów, lecz także eleganckim, teatralnym lecz niewymuszonym, pełnym wdzięku ruchem scenicznym. W aparycji emanująca dystyngowanym chłodem, niczym Elina Garanca, Isabel Seebacher, zachwyciła zwłaszcza w „Czardaszu Hrabiny Maricy” z operetki Imre Kalmana. Było to zupełnie inne wykonanie, niż te ogniste, płomienne, pełne wręcz cygańskiego temperamentu, do których przyzwyczajona jest polska publiczność. Jednak wcale nie mniej zjawiskowe. Elisabeth Schwarz zaskoczyła i rozbawiła jako „Krysia z poczty” z „Ptasznika z Tyrolu” Zellera, gdy w czapce listonosza i z wielką, skórzaną torbą, przewieszoną przez jej amarantową suknię, wkroczyła pomiędzy publiczność, rozdając listy. Jeffrey Treganza porwał wykonaniem najsłynniejszego przeboju w dorobku Jana Kiepury, „Brunetki, blondynki”, zaśpiewanego nie tylko z humorem, ale przede wszystkim, imponującą, niemal bezbłędną polszczyzną. Zakończył utwór w towarzystwie Vincenta Schirrmachera udowadniając, że „trzech tenorów” to żadna konieczność, bo na krynickiej scenie czasami wystarczy dwóch. Aż dwóch, gdyż ich głosy na pewno słyszeli kuracjusze aż w Patrii, jeśli nie dalej.

A zatem „Hrabina Marica”, „Ptasznik z Tyrolu”, a także „Kraina uśmiechu”, „Księżniczka Czardasza”, „Noc w Wenecji”, „Orfeusz w piekle”, „Zemsta nietoperza”, „Wesoła wdówka”, „Wiedeńska krew” – muzyka z tych operetek zawładnęła krynickim deptakiem tej wyjątkowej, czarownej nocy.
Swoje zaklęcie niezwykle skutecznie rzucił klarnecista Thomas Lukschander, wykonując Czardasza Rozalindy z „Zemsty nietoperza”. Był to czardasz bez słów. Niebanalna odmiana. Wsłuchując się bowiem w śpiewany przez solistki tekst: „Piosnka daleka, choć sercu tak bliska /Z oczu wyciska gorące łzy /Dawna melodia, melodia tęskliwa /Mnie wzywa ojczyzna ma. /To ty, ojczyzno ma”, oczywistym jest, że to w istocie pieśń patriotyczna. Sam tekst, pozbawiony melodii, brzmi patetycznie, nostalgicznie, czasami groznie i smutno: „Ogień, wojna, krew, to nasz węgierski śpiew”. Ale na pewno nie uwodzicielsko, a przecież właśnie taki erotyczny czar niesie ze sobą muzyka. Klarnecista grał ze zmysłową wirtuozerią, pieszcząc każdym dzwiękiem i pobudzając do ekstatycznego drżenia. Czy Strauss mógł przypuszczać, że jego kompozycja stanie się takim afrodyzjakiem?

Na scenie tamtego wieczora był jeszcze jeden magik. Olbrzymia wiedza operowa i operetkowa, elegancja, bezbłędna dykcja, wyważone poczucie humoru, trochę diabelski, a trochę arystokratyczny image – czy można sobie wyobrazić lepszego prowadzącego, niż Jerzy Snakowski? Organizatorzy każdego koncertu, który prowadzi, mogą poszczycić się prawdziwym szczęściem. Ponieważ konferansjerka Snakowskiego jest po prostu wzorcowa. To wielka sztuka, pięknie mówić o operze i operetce (nie o sobie!), a jednocześnie zaciekawić, przekazać wiedzę, nie zanudzić, czasem rozbawić i, no właśnie, oczarować. Jerzy Snakowski jest niczym mistyk, guru, który wciąż pozyskuje sobie nowych wyznawców, zakochanych w muzyce klasycznej. Z pewnością wielu spośród krynickiej publiczności dołączyło do nich i tym razem.

„Wiedeń dla Kiepury” to koncert, po wyjściu z którego można stać się lepszym człowiekiem. Który pokazał, co to znaczy ulec magii muzyki i magii słowa. Bo zarówno muzyka sama w sobie, jak i opowiadanie o niej, potrafi uwznioślić, uduchowić, rozgrzać zmysły, popatrzeć na świat i drugiego człowieka poprzez różowe okulary i odepchnąć negatywne myśli gdzieś daleko, poza naszą świadomość.
Szczególne wyrazy wdzięczności należą się Profesorowi Ryszardowi Karczykowskiemu, dzięki któremu wiedeńscy artyści wystąpili na 52. Festiwalu im. Jana Kiepury. Oby więcej takich koncertów w kolejnych latach!

„Opera? Si!” w Operze Bałtyckiej

Często jestem pytana przez osoby w różnym wieku, jak zainteresować operą młodsze pokolenia. Co zrobić, by średnia wieku publiczności w teatrze operowym wynosiła mniej niż 60+. Zastanawiałam się latami, ale nareszcie znam odpowiedź na to pytanie. Trzeba być Jerzym Snakowskim.

Przez lata Opera Baltycka mogła poszczycić się w swym repertuarze spotkaniami „Opera? Si!”, których autorem i prowadzącym jest właśnie Jerzy Snakowski – chodząca encyklopedia operowa, człowiek o niezwykle barwnej osobowości i rzadkim już w dzisiejszych czasach darem pięknego operowania słowem. Określenie „spotkania” chyba pasuje tu najbardziej, bo to nie wykład, ale też nie koncert, synteza edukacji i rozrywki. Podczas „Opera? Si!” można nie tylko dowiedzieć się ciekawostek z życia kompozytorów, muzyków, czy o kulisach powstawania oper znanych i mniej znanych, lecz także usłyszeć arie, które już od dawna nie pojawiają się w programach koncertów, z dzieł od lat nie wystawianych na polskich scenach operowych. Wszystko w pięknych wykonaniach utalentowanych śpiewaków, często bardzo młodych.

Młodzieńczą energią emanuje także, a może przede wszystkim, sam Jerzy Snakowski. Wiedza, którą przekazuje publiczności jest połączona z żartem, happeningiem, atrakcyjną formą wizualną (na jednym ze spotkań, na przykład, muzykę zilustrowano uwielbianym przeze mnie malarstwem Prerafaelitów) i mogę z czystym sumieniem zagwarantować, że nawet osoby, które nie były na spektaklu operowym nigdy przedtem, po „Opera? Si!” poczują się zachęcone.

Tym bardziej ubolewam, że mimo to, na spotkania przychodzi przede wszystkim widz w wieku mojej babci. Młodsi mogą tylko żałować! Ponieważ Jerzy Snakowski pokazuje, że opery nie należy się bać i można się nią bawić, czerpać radość z odkrywania całej palety muzycznych barw.

Wczoraj na scenie Opery Bałtyckiej odbył się przedostatni spektakl „Opera? Si!”. Osobiście, widziałam ich jedynie klika, co jest już niestety stratą nie do nadrobienia. Jako osoba wychowana na Bogusławie Kaczyńskim i jego opowieściach o hrabinach, arystokracji, kapryśnych divach, w rokokowym fotelu, z pozłacaną filizaneczką od Rosenthala, nie miałam świadomości, że do opery można podejść bardziej na luzie. Potraktować temat lżej i przez to nie wkładać go w sztywne, odstraszające ramy. Jerzy Snakowski otworzył przede mną, niczym okno, z którego roztacza się widok na znany, lecz inaczej niż dotychczas oświetlony krajobraz, zupełnie inne spojrzenie na operę. Tak różne od tego znanego mi przez 25 lat.

W czerwcu 2018 roku ostatnia szansa, by wybrać się na „Opera? Si!” w Gdańsku, dla tych, którzy dotychczas nie mieli tej przyjemności. Polecam z całego serca i trzymam kciuki za dalszą artystyczną karierę Jerzego Snakowskiego. Oby rozświetlał drogę do poznawania i odkrywania opery kolejnym pokoleniom.

Zdjęcia poniżej wykonane po spotkaniu poświęconemu Stanisławowi Moniuszce, które odbyło się w styczniu 2018 roku.

Koncert „Świat w hołdzie Janowi Kiepurze”. Fotorelacja.

Takiego koncertu na krynickiej scenie jeszcze nie było. Śpiewacy o przepięknych głosach przybyli aż z dalekiej Korei by wykonać arie z oper włoskich (Giacomo Puccini, Giuseppe Verdi), francuskich (m.in. Jacques Offenbach, Georges Bizet, Camille Saint-Saëns), nie zabrakło też słynnego duetu „La ci darem la mano” z „Don Giovanniego” Wolfganga Amadeusza Mozarta. Ku zaskoczeniu publiczności, na bis artyści zaśpiewali największy szlagier z repertuaru patrona festiwalu, „Brunetki, blondynki”, po polsku. 
Wysoki poziom artystyczny, sympatyczna aparycja, a nawet imponująca polszczyzna wykonawców spotkały się z bardzo entuzjastycznym odbiorem melomanów.

Zaśpiewali: Graziella Morino (sopran), JaeEun Paik (mezzosopran), ByungKil Yoon (tenor), Paul Kong (baryton), DongWon Kim (tenor).

Koncert poprowadzili, z wdziękiem i elegancją, Yeyoung Sohn oraz Jerzy Snakowski. 

51 Festiwal im. Jana Kiepury w Krynicy Zdroju.