Zły sen kompozytora. „Dama Pikowa” w Royal Opera House w Londynie.

„O Boże, ja bym mógł być zamknięty w łupinie orzecha i jeszcze bym się sądził panem niezmierzonej przestrzeni, gdybym tylko złych snów nie miewał.” „Damę Pikową” na deskach londyńskiej Royal Opera House w reżyserii Stefana Herheima można trafnie podsumować tym właśnie cytatem z „Hamleta” Williama Shakespeare’a. Ogromny potencjał dzieła, niebanalne, łączące ze sobą realizm i fantastykę libretto, piękna, melodyjna muzyka Czajkowskiego. A jednak, ujęcie tematu przez reżysera, choć plastycznie widowiskowe, wprowadza widza w świat niepokojącego, męczącego snu. W pułapkę sennego koszmaru, w którą uwikłany jest sam kompozytor.

Czajkowski rozpoczął pracę nad „Damą Pikową” w 1889 roku, gdy upłynęło dziesięć lat od premiery „Eugeniusza Oniegina”. Początkową niechęć kompozytora do powołania do życia kolejnej opery (targany rozterkami Czajkowski skłaniał się wówczas ku napisaniu symfonii) zastąpiła iskra twórczego zapału, wzniecona po ukończeniu opartego na poezji Puszkina libretta przez jego brata, Modesta Czajkowskiego. Przebywający wówczas we Florencji Piotr Iljicz tak tłumaczył swoją decyzję w jednym z listów: „Przeczytałem libretto i spodobało mi się. I tak pewnego pięknego dnia postanowiłem rzucić wszystko: Petersburg, Moskwę, wiele miast niemieckich, belgijskich, francuskich, gdzie zapraszano mnie w trasę koncertową, i wyjechać gdzieś daleko, gdzie mógłbym pracować bez zakłóceń. Muszę przyznać, że (…) ulegając moim własnym pragnieniom, podjąłem heroiczną decyzję: by napisać operę na następny sezon! (…) Przebywam teraz we Florencji. Pracuję od ośmiu dni, w wielkim ferworze, uświadomiwszy sobie, że wciąż potrafię pisać, pomimo stanu emocjonalnego w jakim tkwiłem uprzednio. I ta opera będzie dobra, jeśli Bóg pozwoli mi żyć przez kilka kolejnych miesięcy.”

Czajkowski wiązał wielkie nadzieje z „Damą Pikową”. Jaka więc byłaby jego reakcja na surrealistyczną inscenizację z Royal Opera House? Reżyser Stefan Herheim postanowił, wbrew tekstowi zródłowemu pióra Puszkina i wbrew treści libretta, zrobić z kompozytora centralną postać spektaklu. Wydobywając tym samym na światło dzienne kontrowersyjne szczegóły dotyczące życia i śmierci Czajkowskiego. Choć z założenia inscenizacja ta miała oddać hołd jego osobie i jego muzycznemu geniuszowi, w praktyce, zamiast laurką, okazała się karykaturą.

Dziwny zabieg ucharakteryzowania postaci księcia Jeleckiego na Piotra Czajkowskiego wprowadza chaos do całej historii. Obiektem pożądania bohatera nie jest więc Liza, jego narzeczona, lecz Herman, protagonista, który na każdym kroku kpi sobie z homoseksualnego afektu. Postać Lizy ukazana jest nie jako wyidealizowana przez namiętne uczucie Hermana, samodzielna kobieta, lecz raczej jako pionek, wykorzystywany do wzajemnych perfidnych rozgrywek pomiędzy Hermanem a Jeleckim/Czajkowskim. Tak więc, mimo, iż obsadzony w partii Jeleckiego Vladimir Stoyanov jest wokalnie bez zarzutu, co pokazuje przede wszystkim we wzruszającej arii „Ja was liubliu”, adresowanej do Lizy, jego afekt do bohaterki jest sztuczny, wymuszony i nieszczery. Również postać Lizy, ukazana początkowo w homoseksualnej relacji ze swoją przyjaciółką Pauliną, traci na wiarygodności w jej wszystkich miłosnych dialogach z Hermanem.
Można odnieść wrażenie, że reżyser tak intensywnie skupił się na seksualności bohaterów, że zepchnął główny wątek – mroczną historię trzech kart – na dalszy plan. A przecież „Dama Pikowa” jest opowieścią o obsesji. Obsesji Hermana, gotowego uciec się do wszelkich możliwych rozwiązań, by zdobyć miłość i rękę Lizy.

Na szczęście, Felicity Palmer stworzyła bardzo wyrazistą postać w partii Hrabiny. Z iście szekspirowską aktorską manierą i przejmującym wokalem. Zwłaszcza podczas sceny w sypialni, gdy Hrabina śpiewa francuską balladę „Je crains de lui parler la nuit” z opery Gretry’ego „Ryszard Lwie Serce”, tworząc wokół siebie aurę przyprawiającej o dreszcze grozy. Jej interakcja z Hermanem, usiłującym wydobyć z niej tajemnicę trzech kart, zapada w pamięć i jest jednym z najlepszych reżysersko momentów tej inscenizacji.

Chorego Aleksandra Antonenkę w partii Hermana zastąpił Siergiej Polyakov, zdecydowanie z korzyścią dla strony wokalnej spektaklu. Dużo gorzej natomiast wypadła Eva-Maria Westbroek w partii Lizy, której śpiew był chwilami drażniący i zbyt głośny. Odstawała od pozostałej obsady, której słuchało się z przyjemnością, zwłaszcza Johna Lundgrena w partii hrabiego Tomskiego.

Dużym plusem inscenizacji z Royal Opera House jest pełna przepychu, bogata w detale, a jednocześnie nietrącąca banałem scenografia. Petersburskie wnętrza stanowiły bezszelestnie ruchome ściany w stonowanej, ciemnej kolorystyce, z przewagą wielu odcieni szarości oraz czerni. Do tego złociste wieloramienne kandelabry, czy ogromny kryształowy żyrandol, których odbicia w taflach czarnych luster tworzyły efekty świetlne rodem z mrocznej baśni. Ogólnie na scenie było bardzo niewiele kolorów, co wzmagało nastrój tajemniczości. Kreując obrazy z pogranicza snu i jawy.

Jednak ani śpiew, ani kunszt oprawy wizualnej, ani nawet orkiestra, zręcznie poprowadzona przez Antonio Pappano, nie ratują zawiłej i męczącej niczym w telenoweli, reżyserii. Reżyserii, która zdeformowała operę Czajkowskiego. Postać kompozytora w tej inscenizacji jest poniżana, wyśmiewana i traktowana z pogardą przez jego własnych bohaterów. Czajkowski/Jelecki, słaby, przerażony, zapętlony we własne lęki i pragnienia, zamiast podziwu, zachwytu i empatii, budzi jedynie politowanie i śmieszność. Obecny na scenie niemal przez cały czas, irytuje i odwraca uwagę od interakcji pomiędzy pozostałymi postaciami. Nie mając nad nimi kontroli, gdyż to oni przejmują kontrolę nad nim.

I tak oto, u Stefana Herheima Czajkowski znajduje się w epicentrum własnego koszmaru sennego, z którego nie może się obudzić. W pułapce swojego geniuszu, który go przerasta. Być może kiedyś powstanie opera o Czajkowskim, opiewająca historię jego życia z szacunkiem i bez zbędnej karykaturalności. Jednak na pewno nie jest nią „Dama Pikowa”.

01

Reklamy

To nie sztuka – pięknie żyć – lecz pięknie umrzeć. „Ofelia” Sir Johna Everetta Millais.

Prerafaelici mieli dość niewygodną, ale jakże inspirującą słabość do ilustrowania nieszczęść pięknych, młodych kobiet. Począwszy od ich smutku w samotności i izolacji, poprzez bezcelowe oczekiwanie na miłość i szczęście, które nigdy nie nadejdą, na śmierci skończywszy. Legendy, mity, literatura, były dla nich kopalnią pomysłów. I nie wątpię, że sam Shakespeare, po którego twórczość sięgali najchętniej, byłby im wdzięczny za tak wiele misternie wykonanych, kipiących symbolicznymi detalami, wręcz żywych obrazów, powołanych do istnienia z kart jego dramatów niczym duchy na seansie spirytystycznym.

Chyba nie ma w historii literatury piękniejszego plastycznie zgonu, niż ten u bohaterki szekspirowskiej tragedii „Hamlet”. Młodej, uroczej i pod względem osobowości tak interesującej, jak czysta kartka papieru, Ofelii. Lecz to nie ona sama ma przykuwać uwagę, lecz jej obłąkanie oraz jego rezultat – śmierć.
Gdy jej zawiedzione po raniących deklaracjach ukochanego Hamleta serce przeżywa jeszcze dotkliwszy cios – zabójstwo jej ojca z ręki tegoż ukochanego, bohaterka traci kontakt z rzeczywistością. Przez monolog obłąkanej, wygłoszony tuż przed samobójstwem, przeplata się cała seria nazw ziół i kwiatów, które pózniej, nomen omen, dryfują po powierzchni rzeki niczym całun okrywający jej martwe ciało.

Sir John Everett Millais był bardzo dokładny w ukazaniu wszystkich roślinnych detali. Na obrazie jest ich tyle, że przy pierwszej konfrontacji z płótnem stosunkowo niewielkich rozmiarów (76 x 112 cm) nie wiadomo, gdzie patrzeć. Centralnym punktem obrazu jest bezwładne ciało dziewczyny unoszące się na praktycznie nieruchomej tafli rzeki jak duch. Gdyby na chwilę odsunąć w niepamięć całą genezę postaci i jej zgonu, można odnieść wrażenie, iż dryfuje ona na powierzchni jeziora. Otaczają ją motywy roślinne, niektóre żywe, inne martwe jak ona sama. Baldachim zarówno kwitnących, jak i bezlistnych gałęzi ponad jej głową, kobierzec mchu u brzegu, zerwane przez nią uprzednio polne kwiatki w jej zesztywniałej dłoni i w fałdach sukni. Ich naturalistyczny efekt dają delikatne muśnięcia bardzo cienkiego pędzla z gęstą, nierozcieńczoną farbą olejną.

Twarz Ofelii zastygła wydając ostatnie tchnienie. Nie zdążyła zamknąć szklistych od łez oczu. Bezkresny smutek i tęsknota jej martwego spojrzenia mrożą krew w żyłach. Jej policzki są nadal lekko zaróżowione, co stanowi o bardzo niedawnym czasie zgonu. Ten fakt, uwieczniony na obrazie, dodatkowo wzmaga u odbiorcy uczucie dyskomfortu. Bohaterka wygląda jak żywa, a jednak jest już za pózno. Jej zesztywniała dłoń nie rozprostuje palców. Z chwilą odejścia z ziemskiego padołu, wtopiła się w pejzaż natury i stała się jej częścią.
Scena przywołuje na myśl wiersz amerykańskiej poetki Emily Dickinson, która pisała:
„Podoba mi się w Agonii
To – że jest zawsze prawdziwa
Nie symuluje się konwulsji
Ataku Bólu – nie odgrywa”
To właśnie wrażenie autentyczności oddaje hiperrealistyczne dzieło malarskie pędzla niewiele ponad dwudziestoletniego angielskiego geniusza.

Millais zaczął obraz od namalowania samego wodnego pejzażu, w który – dosłownie i w przenośni, wtopił postać modelki. Modelką została Elizabeth Siddal, mająca wówczas lat dwadzieścia. Malarz wypatrzył ją na targu w Covent Garden, gdzie pracowała jako sprzedawczyni. By osiągnąć zamierzony efekt, artysta kazał jej pozować leżąc w wannie z wodą, podgrzewanej od spodu przez specjalne lampy.

Ukończone dzieło wystawiono na widok publiczny w 1852 roku w Royal Academy of Arts. Uznano je za przełomowe, gdyż Millais zerwał z dotychczas panującą wśród ilustratorów modą na wizerunek Ofelii jako uwodzicielskiej. John Ruskin, jeden z najważniejszych krytyków sztuki epoki wiktoriańskiej, opisał obraz jako „uroczy angielski pejzaż, nawiedzony przez smutek”.

Dziś, „Ofelia” jest częścią ekspozycji stałej w muzeum Tate Britain w Londynie.

ofelia01

ofelia03

ofelia02

ofelia04

Opowieść detalami snuta. Sir John Everett Millais i jego „Mariana”

Obraz jest główną atrakcją wystawy czasowej „Reflections: Van Eyck i Prerafaelici” w National Gallery w Londynie. Pożyczony na tę okoliczność z Tate Gallery of Modern Art, jest najbardziej przykuwającym uwagę dziełem malarskim, z którym spotkałam się od wielu lat.

To nie jest obraz, który ogląda się w mniej niż 30 sekund i jak gdyby nigdy nic, przechodzi do kontemplacji kolejnego. Zresztą, pomijam fakt, iż prawie nigdy nie traktuję w ten sposób obrazów gdy spotykam się z nimi. Bo z własnej woli oglądam tylko te, które mnie naprawdę interesują. Jednakże, ad rem.
Tu zachodzi relacja, odbiorca w momencie tete-a-tete z dziełem, czuje się jakby otwierał księgę. Albo, jeszcze lepiej, otwierał okno. Za którym istnieje świat, o którym nie miał dotąd pojęcia. Świat detali hipnotyzujących i zawłaszczających myśli, duszę. Magnetyzm, który sprawia, że czas staje w miejscu. Na jak długo? Nie wiadomo. Czas to pojęcie względne, a w konfrontacji ze sztuką, u każdego wydłuża się na innych zasadach.

Millais, podobnie jak inni brytyjscy artyści z kręgu Prerafaelitów, (okres twórczości przypadający głównie na drugą połowę dziewiętnastego wieku), Rosetti, Waterhouse, itd., miał słabość do malarstwa ilustracyjnego. Częstą inspiracją była literatura piękna, zaś prym wiódł nie kto inny jak Shakespeare i jego dramaty. To właśnie Millais jest autorem najsłynniejszego obrazu ukazującego Ofelię, dryfującą melancholijnie na powierzchni strumienia, wśród polnego kwiecia.
Tytułowa Mariana to również bohaterka szekspirowskiego dramatu – „Miarki za miarkę”. W literaturze, jest symbolem porzuconej narzeczonej. Jej ukochany Angelo opuszcza ją w momencie, gdy na skutek katastrofy okrętu, Mariana traci cały swój posag. Ona jednak, nie potrafiąc przestać go kochać, wiedzie żywot w samotności, izolacji i beznadziejnej tęsknocie.

I taką właśnie Marianę ukazał Millais. Wokół niej panuje tak sterylna cisza, że niemal słyszalny jest szelest liści na podłodze, smaganych subtelnymi podmuchami wiatru. Każdy liść, rzecz jasna, jest dokładnym studium rośliny. Nie jest jedynie zasugerowany. Ich hiperrealizm wręcz poraża, podobnie jak w przypadku pozostałych detali otaczających bohaterkę. (Nie użyję tu określenia „modelka”, mając do czynienia z ilustracją.) Geometryczna dokładność szkiełek w witrażu okna. Staranność wykonywanego przez nią haftu. Nawet czystość obrusu na stole oraz podłogi, czy też stan zakonserwowania drewna taboretu, z którego wstała dosłownie przed chwilą, by wyprostować obolałe plecy – to wszystko namalowane zostało z wręcz fotograficzną precyzją. Podobnie jak sama postać Mariany. Subtelne pociągnięcia pędzla z chabrowym odcieniem farby na warstwie czarnej bazy, pozwalają odgadnąć wprawnemu oku, iż suknia bohaterki została uszyta z granatowego weluru. Nawet sposób w jaki namalowano jej włosy, pozwala przypuszczać, iż myła je co najmniej dwa dni wcześniej. Na jej twarzy natomiast maluje się smutna obojętność, jakby doskonale zdawała sobie sprawę, iż narzeczony nigdy nie powróci i jej oczekiwanie jest bezcelowe.
Gdy po raz pierwszy wystawiono obraz na widok publiczny w 1851 roku, towarzyszyły mu frazy z wiersza Lorda Alfreda Tennysona pod tym samym tytułem, „Mariana”:
„She only said, ‚My life is dreary,
He cometh not,’ she said;
She said, ‚I am aweary, aweary,
I would that I were dead!'”
Bohaterka, zdająca sobie sprawę z własnego beznadziejnego położenia, pogrążona w niegasnącej tęsknocie, życia martwym życiem, bezcelowo zabijając czas poprzez próby twórczości artystycznej (haft), nie pragnie niczego oprócz śmierci. To sugeruje także witraż w oknie, do którego zwraca twarz, zawierający sentencję „In coelo quies”, która oznacza nie mniej, ni więcej jak „odpoczynek jest w niebie”.
W kontraście do tak bogatej ilości detali, wypełniających niemal całą kompozycję, zaskakuje stosunkowo niewielki format obrazu – jedynie 60 x 50 cm.

Czas Mariany płynie wolniejszym rytmem niż czas przeciętnego śmiertelnika. I każdego, kto spotyka się z jej wizerunkiem na obrazie, zatrzymuje ona przy sobie. Wydaje się wręcz, że umieściła samą siebie w tej alternatywnej czasoprzestrzeni, zatrzymała się na pewnym etapie życia i wsiąkła w swoje położenie tak bardzo, że zmiana wcale by jej nie uszczęśliwiła. A śmierć, której wyczekuje, wciąż nie nadchodzi…

John_Everett_Millais_-_Mariana_-_Google_Art_Project

Zimowy melodramat. „Cyganeria” w Royal Opera House.

Royal Opera House to miejsce magiczne. Od chwili przekroczenia progu znalazłam się w świecie, w którym czuję się najlepiej. Wytworne wnętrza, piękno jak okiem sięgnąć + przesympatyczna, pomocna na każdym kroku, uśmiechnięta obsługa (w odróżnieniu od polskich oper, gdzie wciąż niestety zbyt często personel nadal traktuje melomanów jak potencjalnych przestępców, którzy mogliby wynieść w kieszeniach i torebkach cały teatr, z solistami włącznie).
To miejsce, z którego nie chce się wychodzić. Widok z tarasu mogłabym kontemplować godzinami, a o zmierzchu, przed rozpoczęciem spektaklu, jest najpiękniejszy.

Ale, jak na teatr operowy przystało, najważniejsza jest muzyka. Przedstawienie „Cyganerii” Pucciniego z dnia 3 pazdziernika 2017 roku było szczególne. To wieczór, gdy filmowano spektakl do przyszłego wydania DVD i prowadzono transmisje kinowe na cały świat, więc wszystko musiało wyglądać i brzmieć perfekcyjnie. W dużej mierze się to udało.

Opera została przede wszystkim przepięknie zaśpiewana. Talenty głównych solistów – Michaela Fabiano (romantyczny, czuły i nieco chłopięcy Rodolfo) i Mariusza Kwietnia (dowcipny i żywiołowy Marcello) nie zawiodły. To artyści, których zawsze słucha się i ogląda z przyjemnością. Urzekła mnie również Nicole Car (Mimi) – krucha, delikatna aparycja, właściwa dla interpretowanej przez nią bohaterki i przepiękny, liryczny sopran. Jej głos wyróżniał się na tle wszystkich pozostałych. Będę częściej nadstawiać ucha. Tylko Musetta, która powinna być petardą, zawiodła moje oczekiwania. Petarda nie eksplodowała. Głosowo, bo wizualnie i aktorsko prezentowała się bardzo apetycznie, zwłaszcza przechadzając się po stołach gdy wykonywała słynne „Quando m’en vo'”.

Scenografia w pierwszym akcie rozczarowała. Nazbyt uboga, wręcz toporna i groteskowa, jakby bohaterów nie było stać nawet na meble. Nie przekonały mnie sugerowane interpretacje o symbolicznym wymiarze surowego, świecącego pustkami pokoju jako aluzji do oderwania bohaterów od rzeczywistości.

Na szczęście drugi akt całkowicie zrekompensował mój plastyczny niedosyt, gdy na scenę wjechały całe uliczki z witrynami sklepowymi i stylowymi latarniami, przypominającymi nic innego, jak właśnie londyński Covent Garden. A zaraz po nich, wnętrze restauracji Mommusa niczym z filmu „Zaklęte rewiry”. Dzięki teatralnej lornetce, miałam możliwość przyjrzeć się wszystkim detalom. Zapierały dech! W przypadku tej opery, warto było pokusić się o tak widowiskową inscenizację. Bardzo podobał mi się też efekt płatków śniegu, które łagodnie opadały na scenę przez cały trzeci akt i mieniły się subtelnym blaskiem. Ładnie podkreślały bajkowość i romantyczny charakter sceny pożegnania dwojga kochanków – Mimi i Rodolfo.

W czwartym akcie ponownie pojawiła się drewniana nieumeblowana szopa, mająca imitować odizolowane poddasze, więc postanowiłam skupić się na muzyce. A ta, nie zawiodła. W końcu, orkiestrę prowadził sam Antonio Pappano, dyrygent, który rozumie muzykę Pucciniego jak mało który, zwraca uwagę na plastyczność dzwięków i podchodzi do każdej nuty ze szczególną wrażliwością.
Suma summarum, spektakl był bardzo przemyślany i dopracowany w najmniejszym szczególe. Pojawiło się też kilka komicznych zabiegów reżyserskich (na przykład panowie rysujący nieprzyzwoite obrazki na ścianie), w moim odczuciu zbędnych, bo przecież nie jest to wesoła opera. Jednakże, wrażenia wyniosłam bardzo pozytywne i przypuszczam, że zaopatrzę się w DVD gdy już pojawi się w sprzedaży.

Po spektaklu miałam bardzo sympatyczne i dość nieoczekiwane spotkanie z Michaelem Fabiano, odtwórcą partii Rudolfa. Okazało się, że pamięta mnie i moje zdjęcia z Instagram, co dodatkowo umiliło mi wieczór. To prawdziwa przyjemność i, przyznam, wielka ulga, móc rozmawiać z artystą światowego formatu jak z równym sobie człowiekiem. Skromność, otwartość i przyjazne nastawienie – to cenię u śpiewaków szczególnie.

IMG_3022.JPG
Beata Fischer i Michael Fabiano (Rodolfo)
roh7
Widok z tarasu Royal Opera House