Kurs ku zmianom. Inauguracja sezonu 2018/2019 w Operze Bałtyckiej.

Nad morzem atmosfera nigdy nie jest ustabilizowana. Klimat zmienia się jak w kalejdoskopie, raz urzeka łagodną ciepłą bryzą, by już po chwili zwalić z nóg lodowatym, arktycznym wichrem. Tak bywa również i w świecie sztuki. Gdańska opera ma za sobą wiele przejść. Sztormy, mielizny, dryfowanie po niespokojnych wodach, roszady w załodze, zmianę kapitana.
Jeśli Opera Bałtycka jest okrętem, to właśnie nabrała wiatru w żagle. Pokazał to już koncert inaugurujący sezon artystyczny 2018/2019.

Dyrektor Muzyczny Jose Maria Florencio ustawił poprzeczkę bardzo wysoko. Niezwykle różnorodny, szalenie ambitny program, zapowiedzi aż siedmiu nowych premier, w tym jednej baletowej („Giselle” Adolpha Adama, premiera już 13 pazdziernika 2018) i niesamowite tempo, adekwatne do brazylijskiego temperamentu dyrygenta. Czy Opera Bałtycka jest gotowa na tak potężny zastrzyk adrenaliny?

By grać i śpiewać Rossiniego, niezbędna jest silna iskra energii. „Cyrulik Sewilski” to pierwsza z planowanych premier operowych. Uwerturą z tego właśnie, najpopularniejszego dzieła Rossiniego, rozpoczął się otwierający sezon koncert. Maestro Florencio zdecydował, by to właśnie ta opera zdominowała tamten wieczór. Publiczność mogła usłyszeć koncertowe wykonania aż siedmiu fragmentów muzycznych! Z przewagą, oczywiście, najbardziej rozpoznawalnych arii.

Do wykonania partii Rozyny zaproszono Edytę Piasecką, prawdziwą mistrzynię tej scenicznej kreacji. Artystka ma za sobą bardzo udane role w Operze Krakowskiej czy Warszawskiej Operze Kameralnej. Już od pierwszych taktów „Una voce poco fa” widać i słychać, że Edyta Piasecka jest wymarzoną Rozyną – nie tylko śpiewa partie koloraturowe z prawdziwą wirtuozerią, lecz także ma pełną wdzięku prezencję, kokieteryjny uśmiech, łobuzerski błysk w oku i roztacza wokół siebie aurę stuprocentowej kobiecości. Co było także bardzo wyraziste w duecie z Tomaszem Rakiem – barytonem, wykonującym tamtego wieczoru właśnie m.in. partię tytułowego cyrulika, czyli Figara. Zaś jego solowej arii „Largo al factotum” towarzyszyło tak duże tempo, że był w stanie sprostać mu tylko doświadczony śpiewak. A takim artystą niewątpliwie jest Tomasz Rak. Poruszył i zachwycił także w partii Oniegina – kilka fragmentów tej opery znalazło się w programie koncertu.
Na scenę Opery Bałtyckiej powrócił czołowy tenor tego teatru, Paweł Skałuba. Zaprezentował się publiczności swojego rodzinnego miasta Gdańska w trzech wcieleniach: jako Cavaradossi z „Toski”, Leński z „Oniegina” oraz Stefan ze „Strasznego dworu”. Jego udział w spektaklach i koncertach zawsze wzbudza ogromny entuzjazm nie tylko wśród gdańszczan, ale i stałych bywalców Opery Bałtyckiej z pozostałych części kraju. To artysta, który jest bardzo szczery i naturalny w swoim scenicznym wizerunku. To zapewne, poza piękną barwą głosu, kolejny powód dla którego jest tak lubiany. Zarówno dyrekcja teatru, jak i widzowie wyrazili nadzieję, by gościć go na gdańskiej scenie tak często, jak będzie to możliwe.
Nutę nostalgii wzniecił kolejny solista, weteran sceny operowej Piotr Nowacki. Któż nie zna arii Skołuby „Ten zegar stary” ze „Strasznego dworu”, czy arii Don Basilia z „Cyrulika Sewilskiego”? W tym właśnie repertuarze zaprezentował się doświadczony bas, jak również w ariach z „Oniegina” i „Nabucco”.

Największe brawa należą się jednak Orkiestrze Opery Bałtyckiej oraz artystom chóru. To właśnie przed nimi pojawiło się najtrudniejsze zadanie – poradzić sobie z tak karkołomnym tempem i zróżnicowanym programem, przez ponad trzy godziny trwania koncertu. Z Jose Maria Florencio za sterem, załoga orkiestry i chóru pokazała, że jest w stanie dać z siebie wszystko i jeszcze więcej. Że niestraszne jej burze ani sztormy. Że potrafi płynąć nie tylko z wiatrem, ale nawet, a może wręcz przede wszystkim – pod wiatr. Orkiestra udowodniła to zwłaszcza fenomenalnym, żywiołowym wykonaniem uwertury z „Kandyda” Bernsteina, którego premiera zapowiedziana jest na 30 grudnia 2018 roku.

Tak oto, podniesiono kotwicę, obrano kurs ku zmianom i cała na przód! Teraz pozostaje tylko trzymać kciuki za owocne zrealizowanie repertuaru przez Operę Bałtycką, a całej załodze życzyć pomyślnych wiatrów.

11

Reklamy

„Opera? Si!” w Operze Bałtyckiej

Często jestem pytana przez osoby w różnym wieku, jak zainteresować operą młodsze pokolenia. Co zrobić, by średnia wieku publiczności w teatrze operowym wynosiła mniej niż 60+. Zastanawiałam się latami, ale nareszcie znam odpowiedź na to pytanie. Trzeba być Jerzym Snakowskim.

Przez lata Opera Baltycka mogła poszczycić się w swym repertuarze spotkaniami „Opera? Si!”, których autorem i prowadzącym jest właśnie Jerzy Snakowski – chodząca encyklopedia operowa, człowiek o niezwykle barwnej osobowości i rzadkim już w dzisiejszych czasach darem pięknego operowania słowem. Określenie „spotkania” chyba pasuje tu najbardziej, bo to nie wykład, ale też nie koncert, synteza edukacji i rozrywki. Podczas „Opera? Si!” można nie tylko dowiedzieć się ciekawostek z życia kompozytorów, muzyków, czy o kulisach powstawania oper znanych i mniej znanych, lecz także usłyszeć arie, które już od dawna nie pojawiają się w programach koncertów, z dzieł od lat nie wystawianych na polskich scenach operowych. Wszystko w pięknych wykonaniach utalentowanych śpiewaków, często bardzo młodych.

Młodzieńczą energią emanuje także, a może przede wszystkim, sam Jerzy Snakowski. Wiedza, którą przekazuje publiczności jest połączona z żartem, happeningiem, atrakcyjną formą wizualną (na jednym ze spotkań, na przykład, muzykę zilustrowano uwielbianym przeze mnie malarstwem Prerafaelitów) i mogę z czystym sumieniem zagwarantować, że nawet osoby, które nie były na spektaklu operowym nigdy przedtem, po „Opera? Si!” poczują się zachęcone.

Tym bardziej ubolewam, że mimo to, na spotkania przychodzi przede wszystkim widz w wieku mojej babci. Młodsi mogą tylko żałować! Ponieważ Jerzy Snakowski pokazuje, że opery nie należy się bać i można się nią bawić, czerpać radość z odkrywania całej palety muzycznych barw.

Wczoraj na scenie Opery Bałtyckiej odbył się przedostatni w sezonie 2017/2018 spektakl „Opera? Si!”. Osobiście widziałam ich jedynie klika, co jest już niestety stratą nie do nadrobienia. Jako osoba wychowana na Bogusławie Kaczyńskim i jego opowieściach o hrabinach, arystokracji, kapryśnych divach, w rokokowym fotelu, z pozłacaną filizaneczką od Rosenthala, nie miałam świadomości, że do opery można podejść bardziej na luzie. Potraktować temat lżej i przez to nie wkładać go w sztywne, odstraszające ramy. Jerzy Snakowski otworzył przede mną, niczym okno, z którego roztacza się widok na znany, lecz inaczej niż dotychczas oświetlony krajobraz, zupełnie inne spojrzenie na operę. Tak różne od tego znanego mi przez 25 lat.

W czerwcu 2018 roku ostatnia szansa, by wybrać się na „Opera? Si!” w Gdańsku, dla tych, którzy dotychczas nie mieli tej przyjemności. Polecam z całego serca i trzymam kciuki za dalszą artystyczną karierę Jerzego Snakowskiego. Oby rozświetlał drogę do poznawania i odkrywania opery kolejnym pokoleniom.

Zdjęcia poniżej wykonane po spotkaniu poświęconemu Stanisławowi Moniuszce, które odbyło się w styczniu 2018 roku.