Marzenia są po to, by je spełniać. Koncert Aleksandry Kurzak na Wawelu.

To było spełnienie artystycznych marzeń. Aleksandra Kurzak, polska śpiewaczka operowa światowej sławy, dała koncert na dziedzińcu Zamku Królewskiego na Wawelu.

Pamiętam doskonale naszą rozmowę sprzed dwóch lat po koncercie w Operze Leśnej w Sopocie, kiedy to wyraziłam swoje życzenie, by artystka zaśpiewała w Krakowie, moim mieście. Wówczas padła odpowiedź, że Aleksandra Kurzak marzy, by wystąpić w Krakowie – na Wawelu. Później często wracałam myślami do tej rozmowy, zastanawiając się, kiedy ów magiczny moment nastąpi.

I stało się! Opera Krakowska w ramach corocznego Letniego Festiwalu Opery Krakowskiej, obejmującego także koncerty i spektakle na wawelskim dziedzińcu, zaprosiła Aleksandrę Kurzak na już dwudziestą drugą edycję, wieńczącą sezon artystyczny 2017/2018. Mimo kapryśnej – jak na Małopolskę przystało – pogody, koncert odbył się zgodnie z planem, w wymarzonym miejscu. Tego dnia wyjątkowo, po raz pierwszy od ponad tygodnia, nad Krakowem rozbłysło złote, letnie słońce – wszystko dla gwiazdy!

Pierwszą część koncertu „Arie Oper Świata” zdominowała muzyka Giuseppe Verdiego. Dziedziniec arkadowy wypełniły arie z oper „Traviata”, „Don Carlo” i „Otello”, by zakończyć nostalgiczną „Adrianą Lecouvreur” Francesco Cilei. Gdy wśród nastrojowo podświetlonych krużganków pojawiła się Aleksandra Kurzak w zwiewnej, czerwonej sukni i zaśpiewała arię Violetty „E strano… Sempre libera”, z wykonania której słynie, jasnym był fakt, iż będzie to koncert niezwykle ambitny, w którym nie zabraknie zarówno niełatwej i nieczęsto wykonywanej muzyki, jak również operowych przebojów. Pierwsza część upłynęła w atmosferze melancholii, patosu i wielkich wzruszeń. Wzuszyła zwłaszcza aria Desdemony „Canzone del salice… Ave Maria” z „Otella” Verdiego, partii, którą artystka wykonuje w Operze Wiedeńskiej. Tym razem na scenie towarzyszyła jej Orkiestra Opery Krakowskiej. Batutę przejął maestro Wojciech Rajski, który z imponującą wprawą i lekkością przeprowadził orkiestrę przez rzadko wykonywany przez nią repertuar, taki jak Sinfonia z „Giovanny d’Arco” czy Preludium ze „Zbójców” Verdiego.

Druga część to muzyka Pucciniego, drugiego ulubionego kompozytora Aleksandry Kurzak. Artystka, tym razem w misternie haftowanej sukni w kolorze intensywnego fioletu, zaśpiewała dwie arie Liu z „Turandot” (w tym jedną na bis), partii, którą wykonywała m.in. w ubiegłym roku na scenie Royal Opera House w Londynie. Pojawiły się też niespodzianki i nowości w repertuarze. Pierwszą z nich była „Tosca” i monumentalna aria „Vissi d’arte”. Dla mnie osobiście, element pozytywnego zaskoczenia w programie koncertu. Kolejną zaś była „Madama Butterfly”, bowiem „Un bel di, vedremo” w wykonaniu Aleksandry Kurzak miałam okazję usłyszeć tamtego wieczoru po raz pierwszy. A skoro o Puccinim mowa, nie mogło zabraknąć „O mio babbino caro”, arii Lauretty z opery „Gianni Schicchi”. Nikt nie śpiewa jej równie pięknie, z lekkością godną skrzydeł motyla.

Pod koniec koncertu artystka została odznaczona złotym medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Medal wręczył osobiście Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego, profesor Piotr Gliński. To najwyższe odznaczenie jakie może otrzymać artysta za swoje osiągnięcia i wkład w promowanie polskiej kultury na świecie.

Najsympatyczniejszą częścią każdego z występów Aleksandry Kurzak w Polsce są oczywiście spotkania i rozmowy po koncercie. Tym razem, jako mieszkanka Krakowa, czułam się niemal w roli gospodarza przyjmującego wyjątkowego gościa. Gościa, który swoim śpiewem sprawił, że na jeden wieczór zniknęła moja bezbarwna krakowska codzienność. Miasto przyodziało się w całą feerię muzycznych barw, odzyskując magię, dostrzeganą przez turystów i praktycznie zapomnianą przeze mnie. Oby jak najczęściej w murach zabytków byłej stolicy Polski rozbrzmiewały tak kwieciście i emocjonalnie wykonane arie operowe. Najpiękniejsze arie oper świata. Jestem dobrej myśli, gdyż koncert Aleksandry Kurzak na Wawelu to niepodważalny dowód na to, że muzyczne marzenia związane z Krakowem spełniają się.

10
Aleksandra Kurzak ze złotym medalem Gloria Artis

 

 

IMG_4154
Beata Fischer i Aleksandra Kurzak
Reklamy

W rytmach walca i czardasza. Koncert inauguracyjny Festiwalu Operetkowego im. Iwony Borowickiej.

Operetka krakowska wróciła do domu. Dosłownie, gdyż 7 czerwca 2018 roku w miejscu, w którym przed laty mieścił się teatr operetkowy w Krakowie – w sali nieistniejącego już Domu Żołnierza, gdzie obecnie stoi gmach Opery Krakowskiej, odbył się szczególny koncert. Koncert inaugurujący Pierwszy Letni Festiwal Operetkowy na Wiśle im. Iwony Borowickiej. Inicjatywa powstała dzięki współpracy Łukasza Lecha, Sybilli Borowickiej oraz Fundacja Quest, z miłości do operetki w jej klasycznym wydaniu i z tęsknoty do czasów, gdy teatr operetkowy zapierał dech przepychem inscenizacji i widowiskowością wykonań. 


Koncert rozpoczął się od występu samej Iwony Borowickiej – primadonny polskich scen operetkowych. Jej śpiew, liczne talenty i zjawiskowa osobowość artystyczna zainspirowały przed laty samego Bogusława Kaczyńskiego. Diwa ukazała się w wyświetlanym na wielkim ekranie, archiwalnym materiale wideo. Po chwili muzyka dosłownie wkroczyła na scenę dzięki Orkiestrze Obligato pod batutą Jerzego Sobeńko, która idealnie zawtórowała nagraniu. Arię Iwony Borowickiej kontynuowała artystka młodego pokolenia, Katarzyna Mackiewicz – Катажина Мацкевич soprano, z gracją i magnetyzmem godnym primadonny ze złotych czasów świetności operetki. To kolorowy ptak i prawdziwy fajerwerk wśród solistek. Każde pojawienie się tej fenomenalnej śpiewaczki na scenie wzbudza ogromny entuzjazm. I tym razem nie było inaczej. Scena tamtego wieczoru niewątpliwie należała do Katarzyny Mackiewicz, choć w koncercie wzięli udział liczni soliści z Polski i zza granicy, wywołujący wcale nie mniej emocji.
Wśród wykonawców tamtego wieczoru publiczność miała niewątpliwą przyjemność posłuchać Magdaleny Pilarz-Bobrowskiej, artystki operetkowej o imponującej sile głosu i wielkim temperamencie, pochodzącej z rodziny śpiewaków. Czardasze w jej wykonaniu to prawdziwe perły, podobnie jak duety z tenorami Jakubem Oczkowskim i Krystianem Krzeszowiakiem. Zaś jej interpretacja pieśni „Pokochaj mnie” z repertuaru Marthy Eggerth dostarczyła niezapomnianych wzruszeń.
W koncercie wzięli udział także doświadczeni soliści, już od kilku dekad po mistrzowsku interpretujący arie z najsłynniejszych operetek, ulubieńcy Bogusława Kaczyńskiego – Bożena Zawiślak-Dolny oraz Jan Wilga. Ich wspólny duet „Tłumy fraków” z „Księżniczki Czardasza” był najbardziej emocjonującym wykonaniem wieczoru. Para śpiewaków zachwyciła nie tylko śpiewem, lecz przede wszystkim aktorstwem. Z pewnością niejedno serce mocniej zabiło i niejedna łza popłynęła wśród publiczności.
Prawdziwym hitem okazała się natomiast para artystów z operetki w Budapeszcie, którzy wystąpili gościnnie. Barbara Body i Karoly Peller wykonali arie w języku węgierskim, m.in. znany i lubiany przebój „Ach jedz do Varasdin” z „Hrabiny Maricy” oraz dali prawdziwy popis umiejętności tanecznych i… akrobatycznych! Publiczność z pewnością nigdy wcześniej nie oglądała na polskich scenach tak brawurowych wykonań operetkowych, wymagających nie tylko głosu, lecz także wielkiej sprawności fizycznej i talentu komediowego. Węgierscy soliści potrafili nie tylko rozbawić, ale i wprawić w zdumienie. 

Koncert składał się z dwóch części: pierwsza upłynęła w rytmach walca, druga zaś – czardasza. Bogaty i urozmaicony program to zarówno popularne i uwielbiane arie operetkowe, m.in. z „Księżniczki Czardasza” czy „Hrabiny Maricy”, jak i te mniej znane, wśród których są chociażby „Wiktoria i jej huzar” Paula Abrahama. Pojawił się także musicalowy przebój „Przetańczyć całą noc” oraz nieznana dotąd pieśń, napisana specjalnie dla Iwony Borowickiej, której jednak artystka nie zdążyła wykonać przed śmiercią (zaśpiewała za to, z sercem i oddaniem sztuce wokalnej, Bożena Zawiślak-Dolny). 


O konferansjerkę na najwyższym poziomie zadbał wielki miłośnik operetki Łukasz Lech, który jest także autorem scenariusza i reżyserem koncertu. Jego zaangażowanie budzi podziw i szacunek, bo Łukasz Lech to człowiek sercem i duszą oddany scenie, artystom i muzyce. Słychać to i widać w każdym przygotowanym przez niego koncercie. Z ogromną korzyścią nie tylko dla wykonawców, lecz przede wszystkim dla publiczności. Bowiem po takich wydarzeniach kulturalnych, pełnych muzyki w jej najżywszych odcieniach, uśmiech na twarzy utrzymuje się długo, a serca biją w rytm walców i czardaszy. 

Destrukcyjna siła miłości. „Anna Bolena” w Operze Krakowskiej.

Istnieje pewien odwieczny dylemat sceny operowej. Co jest bardziej istotne: artystyczna wizja i kreatywność, czy wierność pierwowzorowi? A może jedno i drugie? W jakich proporcjach? Wydaje się, że dodatkowy poziom trudności pojawia się, gdy reżyser ma do czynienia z operą o libretcie opartym nie o dzieło literackie (a te są bardzo liczne), lecz o historię. Na jak wiele można sobie pozwolić, by nie zatracić historycznego kontekstu, a jednocześnie uniknąć wtórności, banału i nudy?

Przed reżyserką Magdaleną Łazarkiewicz pojawiło się nie lada wyzwanie. Dotychczas znana przede wszystkim z dokonań w sferze filmowej, zrealizowała dwie inscenizacje operowe: „Pajace” i „Rycerskość wieśniaczą” w Teatrze Wielkim w Łodzi kilkanaście lat temu. Zafascynowana światem opery, podjęła się wystawienia „Anny Boleny” Gaetano Donizettiego na scenie Opery Krakowskiej, nie rezygnując przy tym ze swojego filmowego „ja”.

Wszyscy znamy tragiczną histrię Anny Boleyn, drugiej żony Henryka VIII, króla Anglii, który zapisał się na kartach historii nie tylko jako potężny władca i twórca kościoła anglikańskiego, lecz także krwawy tyran, ogarnięty obsesją spłodzenia męskiego potomka. Piękna, wciąż jeszcze młoda, ambitna, wykształcona kobieta, niesłusznie oskarżona o zdradę i stracona w Tower of London 19 maja 1536 roku poprzez ścięcie (nie toporem, a mieczem, jak czyniono ze szlachetnie urodzonymi). Kogóż nie wzruszają jej losy? Reżyserzy filmowi sięgali po ów temat nadzwyczaj często. Wystarczy wspomnieć film „Anna tysiąca dni” (1969) z niezapomnianym Richardem Burtonem w roli Henryka i Geneviève Bujold w roli Anny, niezwykle popularny serial „Dynastia Tudorów” (2007), czy jeden z nowszych filmów pełnometrażowych, „Kochanice króla” (2008), gdzie w rolę Anny wcieliła się Natalie Portman.

Opera Gaetano Donizettiego koncentruje się na ostatnich tygodniach z życia królowej. Widzimy więc kobietę rozgoryczoną, odtrąconą, zastraszoną, pełną podejrzliwości i rozpaczy. Anna Bolena tkwi w potrzasku nieudanego małżeństwa, z którym wiązała wielkie nadzieje. Przy czym bohaterka nie traci swego dostojnego, pełnego majestatu wizerunku. To bardzo wymagająca partia, zarówno wokalnie (włoskie belcanto) jak i aktorsko.

Na krakowskiej scenie można podziwiać dwie Anny – Karinę Skrzeszewską i Katarzynę Oleś-Blachę. Śpiewaczki, które zdecydowanie więcej dzieli niż łączy.
Anna Katarzyny Oleś-Blachy jest zafrasowana, trochę rozedrgana, z trudem panująca nad własnymi emocjami. Na jej twarzy wypisany jest smutek, który stara się bezskutecznie ukryć. To kobieta po przejściach, świadoma utraty swego dawnego blasku. Wzrusza zarówno jej postawa, jak i śpiew – emanujący rozpaczą i bólem.
Karina Skrzeszewska w partii Anny to uosobienie dostojnej heroiny. Jest królewska w każdym geście i spojrzeniu, przez co wydaje się być znacznie bardziej opanowana. Tym dotkliwiej przejmujące są momenty, gdy daje o sobie znać jej wybuchowy temperament i nadwrażliwość. Karina Skrzeszewska wykreowała na scenie postać niezwykle złożoną, dzięki czemu autentyczną, bliską każdemu z nas. Co więcej, zaśpiewaną z prawdziwą wirtuozerią. Włoskie belcanto w jej wykonaniu, na poziomie najlepszych europejskich teatrów operowych, to czysta rozkosz dla słuchaczy.

Giovanna Seymour, rywalka Anny, to również bohaterka emocjonalnie rozdarta. Brnąc coraz bardziej w romans z królem, niezdolna do okiełznania występnej miłości, która nią zawładnęła, nie potrafi tym samym uwolnić się od dręczących ją wyrzutów sumienia. Tę udrękę wspaniale pokazuje na scenie aktorsko rewelacyjna Karolina Sikora, partnerująca Karinie Skrzeszewskiej. Młoda, drobna śpiewaczka zapada w pamięć dzięki niezwykle emocjonalnej kreacji aktorskiej, a przede wszystkim imponującej sile głosu. Duety, które wykonuje wraz z Kariną Skrzeszewską to zachwycająca synteza, a nawet, ośmielę się napisać, symbioza dzwięków.
Wraz z Katarzyną Oleś-Blachą, w partii Seymour obsadzona została Monika Korybalska. Jej Giovanna jest zdecydowanie bardziej delikatna, dziewczęca, subtelna. Co doskonale kontrastuje z wizerunkiem Anny – dojrzałej kobiety po przejściach. Obie panie są jak ogień i woda. A przeciwieństwa przyciągają się nie tylko w życiu, ale również na scenie.

Na uwagę zasługuje także postać Smeatona. Partia spodenkowa dla mezzosopranu – młody śpiewak, zauroczony starszą od niego królową, w krakowskiej inscenizacji ma dwa oblicza: Olgi Maroszek i Wandy Franek. To postać, którą beznadziejna miłość doprowadzi do zguby nie tylko własnej, lecz także adresatki jego uczuć. A uczucia wprost wypływają ze śpiewu i ekspresji Olgi Maroszek. Jest w nich zarówno ciepło i namiętność, jak i lęk, a także przejmująca samotność. Smeaton Olgi Maroszek to wulkan emocji. W interpretacji Wandy Franek emocje są zdecydowanie bardziej utajone, z widoczną obawą przed konsekwencjami ich ujawnienia. Po raz kolejny więc mamy do czynienia ze zróżnicowaniem osobowości bohatera, co w obu obsadach dobrze sprawdza się na scenie.

Jak przy takim zestawie solistek wypadają panowie?
Henryk, a właściwie Enrico, ma dwie twarze: młodszą – Szymona Kobylińskiego i dojrzalszą – Volodymira Pankiva. O ile pod względem postury fizycznej Volodymir Pankiv jest zdecydowanie bliższy historycznemu pierwowzorowi, tak ekspresja zaślepionego przez własne namiętności, nadużywającego władzy mężczyzny, jest bardziej widoczna u Szymona Kobylińskiego.
Partia tenorowa – Lord Percy, pierwsza miłość Anny Boleny – z większą lekkością, swobodą i finezją zaśpiewana jest przez Andrzeja Lamperta (w obsadzie z Katarzyną Oleś-Blachą) niż Adama Sobierajskiego. Zadania nie ułatwia fakt, iż bohater to desperat. Pokazuje to na każdym kroku, chcąc odzyskać miłość Anny, którą przed laty utracił. Jest on, podobnie jak Enrico, mężczyzną podejmującym decyzje pod wpływem porywów własnej namiętności. Nie zamierza ukrywać miłości do głównej bohaterki, nie bacząc na konsekwencje. Pokazać to wszystko i do tego bezbłędnie wyśpiewać techniką włoskiego belcanta, to nie lada sztuka.

Inscenizacja, choć dotyka historycznych realiów, chociażby poprzez kostiumy projektu Marii Balcerek (niepozbawione jednak elementów współczesnych, widocznych między innymi w obuwiu męskiej części obsady, czy charakteryzacji – tatuażach), niewiele ma wspólnego z epoką renesansu. Scenografia jest bardzo oszczędna. Może nawet za bardzo, gdyż ogranicza się do trzech ruchomych ścian w ciepłej tonacji kolorystycznej (ugier złotobrunatny), podestu i tronu, który, być może celowo, nie sprawia wrażenia wygodnego. Na ścianach wyświetlane są ruchome wizualizacje, które sugerują emocje bohaterów, innym razem zaś scenerię, w jakiej rozgrywa się akcja. W ostatnim akcie pojawia się również klatka, jednak nie spełnia ona tak istotnej funkcji, jak chociażby ta ukazana w „Makbecie” w reżyserii Phyllidy Lloyd na scenie Royal Opera House w Londynie. Symbolika klatki jako miejsca egzekucji jest dość wątpliwa.
Zbędnym elementem są także pojawiające się jak w filmie, napisy. Od tytułu, poprzez dosłowne obwieszczenie zakończenia pierwszego aktu, aż po napisy końcowe, z wyszczególnioną jedną i drugą obsadą. Jakby widz miał jasno zapowiedziane, że to, co zobaczył na scenie, nie jest prawdziwe, to tylko film i czas wrócić do rzeczywistości. Zabieg ten nie pozostawia miejsca na relfeksję i ewentualny znak zapytania.
Co więcej, z filmem mamy do czynienia już od uwertury, podczas której rozgrywa się pantomimiczna scena w studiu filmowym i garderobie. Soliści są tu nikim więcej niż tylko aktorami. Z góry dając do zrozumienia: to nie dzieje się naprawdę. Koncepcja studia filmowego i garderoby nie jest zresztą niczym nowym na polskiej scenie operowej. Pojawia się także w „Erosie i Pysche” w reżyserii Barbary Wysockiej na deskach Teatru Wielkiego Opery Narodowej w Warszawie. A zatem, wtórność pomysłów.
Ascetyczna scenografia ma oczywiście swoje plusy. Pozwala skupić uwagę na solistach i chórzystach, na ich śpiewie i aktorstwie. W czym dodatkowo pomocne byłoby mniej sztampowe oświetlenie. Czego niestety zabrakło.

Całość broni się nie tylko dzięki umiejętnościom wokalnym i aktorskim solistów, lecz także orkiestrze poprowadzonej przez maestro Tomasza Tokarczyka oraz chórowi Opery Krakowskiej. Pod batutą tak doświadczonego dyrygenta, muzyka Donizettiego brzmi świeżo, żywiołowo i energicznie.

Można przymknąć oko na niuanse, jeśli potraktujemy całość jako miłosną tragedię. Koncentrując się na relacjach pomiędzy bohaterami, ich namiętnościach, które zamiast budować, niszczą. Gdzie każda wyśpiewana fraza jest deklaracją miłości i bólu. Czy widz w tę miłość i ból uwierzy – pozostawiam to do indywidualnej interpretacji. Pamiętając jednocześnie, że belcanto czyni cuda i kruszy nawet najtwardsze serca.

Premiera odbyła się 25 maja 2018 roku.

„Anna Bolena” – wprowadzenie plastyczne.

Przed premierą „Anny Boleny” Gaetano Donizettiego w Operze Krakowskiej (25.05.2018).

Najbardziej znanym malarzem rodu Tudorów był Hans Holbein Młodszy (1497-1543), bawarski portrecista. Dziś, przez krytyków sztuki nazywany jest wręcz malarzem propagandowym, gdyż bez jego plastycznego geniuszu i imponującej produktywności, Henryk VIII i jego dwór nie zyskaliby tak ogromnej popularności.

Niewiele o nim wiadomo, nim przybył do Anglii w wieku lat trzydziestu. Wcześniej zajmował się głównie ilustrowaniem katolickich tekstów religijnych. Tworzył w Bazylei, gdzie również mieszkał, odbył też podróże do Mediolanu i Lyonu. Jego ówczesne dzieła malarskie nie przysporzyły mu jednak popularności poza granicami jego ojczyzny.
Za to portrety jakie namalował na dworze Henryka VIII uczyniły go jednym z najsłynniejszych malarzy epoki renesansu. W 1532 roku otrzymał oficjalny tytuł nadwornego malarza angielskiego króla.

Nie bez powodu nazywa się go dziś malarzem propagandowym – miał bowiem tendencję do nadmiernego upiększania i idealizowania portretowanych postaci, za co jedni obsypywali go złotem, inni zaś krytykowali.

Podobno namalował Annę z Cleves tak piękną, że Henryk VIII zdecydował się poślubić ją gdy tylko ujrzał portret i zanim spotkał swą wybrankę na żywo. Do zaślubin doszło per procura i gdy Anna ostatecznie przybyła na dwór Henryka, rozczarowany monarcha nie zdecydował się na skonsumowanie związku. Co najprawdopodobniej uratowało jej życie, gdyż małżeństwo anulowano po niedługim czasie. Królowa uniknęła krwawego topora i spędziła resztę życia w spokoju i dostatku. Otrzymała liczne posiadłości, w większości których nawet nigdy nie mieszkała i do końca jej dni pozostała w przyjaznych relacjach z Henrykiem VIII.

Angielski monarcha na portretach Holbeina miał być uosobieniem siły, spokoju, majestatu, okazem zdrowia, o regularnych rysach, budzący podziw, respekt i miłość poddanych.
Na obrazach poniżej:
Anna Boleyn (szkic)
Jane Seymour (olej na desce)
Anna z Cleves (olej na desce)
Domniemany portret Katarzyny Howard
Henryk VIII około 1537 r.
Henryk VIII około 1540 r.

„Anna Bolena” w Operze Krakowskiej – fotorelacja z konferencji prasowej.

Konferencja prasowa dotycząca najnowszego spektaklu Opery Krakowskiej, „Anny Boleny” Donizettiego w reżyserii Magdaleny Łazarkiewicz.
Premiera odbędzie się 25 maja 2018 roku.

W konferencji wzięli udział:
Odtwórczynie partii tytułowej, solistki Karina Skrzeszewska i Katarzyna Oleś-Blacha
Reżyserka Magdalena Łazarkiewicz
Dyrygent Tomasz Tokarczyk
Projektantka kostiumów Maria Balcerek
oraz dyrektor Bogusław Nowak

„Pieśń: Teatr Słowa”. Polska Liryka Miłosna. Fotorelacja z koncertu.

Kolejny z koncertów w ramach cyklu „Pieśń: Teatr Słowa”, pod kierownictwem artystycznym Katarzyny Oleś-Blachy.

Tym razem zabrzmiały pieśni polskich kompozytorów: Nowowiejskiego, Panufnika, Moniuszki, Pendereckiego, Karłowicza, Chopina, Paderewskiego, Niewiadomskiego, Szymanowskiego, Różyckiego, Stachowskiego.
Wzruszająca muzyka, poetyckie teksty, piękne wykonania i niecodzienna sceneria podziemnej sali stworzyły wyjątkowy klimat.

Zaśpiewali:
Wioletta Chodowicz – sopran
Agnieszka Cząstka – mezzosopran
Iwona Socha – sopran
Lampert Andrzej (profil oficjalny) – tenor
Adam Sobierajski – tenor

Koncert odbył się 22 kwietnia 2018 w Kopalni Soli „Wieliczka”.

Czy w tym szaleństwie jest metoda? „Miłość do Trzech Pomarańczy” w Operze Krakowskiej.

Czy można połączyć „Lot nad kukułczym gniazdem” z baśnią?
U Znanieckiego, jak przekonałam się oglądając „Miłość do Trzech Pomarańczy” Prokofiewa w Operze Krakowskiej, wszystko jest możliwe.

Muzyka jest niezwykle agresywna, niepokojąca, skomplikowana i na pewno nie sposób przy niej odpoczywać. Jak więc ją nieco uatrakcyjnić? Wszelkimi możliwymi środkami wizualnymi. Scenografia rodem z kosmosu, czy szpitala psychiatrycznego, szalona ilość multimediów, tłumy statystów, poruszających się między innymi na wózkach inwalidzkich. Dziwaczne rekwizyty, jak spuszczany z sufitu gigantyczny widelec, czy turlający się po scenie monstrualnych rozmiarów talerz. Do tego spora dawka groteski w reżyserii, która gdy ma bawić, raczej przeraża, zadziwia, szokuje. Czarny humor tak czarny, aż wywołuje niepokój.

To bardzo dziwny, psychodeliczny spektakl, dający wrażenie snu wariata, do którego zostaje wciągnięty widz (chórzyści zasiadają pomiędzy publicznością, nawet w odległych rzędach). Surrealizm do granic absurdu, trochę jak w czeskim filmie, a trochę jak w amerykańskim science-fiction z lat osiemdziesiątych. Zakończenie również nie jest typowe dla bajki, jaką w istocie jest cała opowieść.
Jeśli ktoś marzy o całkowitym, permanentnym oderwaniu się od rzeczywistości w operze, to jest właśnie to.