Próba do gali „Wiedeń dla Kiepury” – fotorelacja. 52. Festiwal im. Jana Kiepury w Krynicy.

Tak wyglądały przygotowania do gali finałowej 52. Festiwalu im. Jana Kiepury w Krynicy- Zdroju.

Soliści: Isabel Seebacher, Elisabeth Schwarz, Jeffrey Treganza, Vincent Schirrmacher
Klarnet: Thomas Lukschander
Orkiestra: Wiener Opernball Orchester
Dyrygent: Uwe Theimer
Prowadzenie: Jerzy Snakowski

Przygotowanie koncertu: Profesor Ryszard Karczykowski

Reklamy

Wiedeńscy czarodzieje. O koncercie „Wiedeń dla Kiepury”. 52. Festiwal im. Jana Kiepury w Krynicy.

To jak nieoczekiwanie spotkać dawną miłość. Taką, która z upływem czasu nie zwiędła, nie utraciła czaru – przeciwnie – nabrała jeszcze bardziej intensywnych kolorów, niczym dojrzewające w słońcu owoce. Jej rysy wypiękniały i wyszlachetniały. Tak właśnie poczułam się, gdy po latach na krynicki deptak powróciło widowisko plenerowe wieńczące Festiwal im. Jana Kiepury.

Można przyjąć, że to efekt nostalgii. Nostalgii do czasów, gdy dopiero zaczynałam moją przygodę z operą i operetką – ponad 20 lat temu. Właśnie tu, w Krynicy. Gdy dyrektorem Festiwalu im. Jana Kiepury był niezastąpiony Bogusław Kaczyński, a na scenie błyszczały takie osobowości sceniczne, jak Krystyna Tyburowska, Wanda Polańska, Grażyna Brodzińska, Jan Wilga i wielu innych, legendarnych za życia, polskich śpiewaków.
To właśnie koncerty plenerowe najwyrazniej zapisały się w mojej pamięci. Zasłuchane tłumy zgromadzone na deptaku, Muszla Koncertowa i neorenesansowy Stary Dom Zdrojowy w blasku kolorowych żarówek, w powietrzu lekki wieczorny chłód u schyłku lata, a na scenie – walce, czardasze, arie szampańskie, arie ze śmiechem… Czysta magia.

Magia powróciła wraz z 52. edycją festiwalu. Na największej w historii tego wydarzenia, plenerowej scenie, pod hasłem „Wiedeń dla Kiepury”, zabrzmiała muzyka nie tylko niezwykle ważna w międzynarodowej karierze Jana Kiepury, lecz także ukochana przez Bogusława Kaczyńskiego – operetka. W tych niezwykłych okolicznościach, małe uzdrowisko położone w malowniczym Beskidzie Sądeckim przeistoczyło się na jedną noc w dystyngowaną, wiedeńską, operetkową scenę.

Orkiestra Wiener Opernball Orchester pod dyrekcją Uwe Theimera to niewątpliwie główni cudotwórcy czarownej atmosfery tamtego wieczoru. Filar podtrzymujący wysoki poziom koncertu. Wirtuozeria, lekkość, gracja i smak, w każdym dzwięku, przywodziły na myśl nie tylko namiętnie wysłuchiwane przeze mnie koncerty noworoczne Filharmoników Wiedeńskich, lecz także stare płyty analogowe z muzyką Straussa, których słuchałam przed laty w domu mojej babci. Któż nie zna i któż nie słyszał w swoim życiu dziesiątki, a nawet setki razy walca „Nad pięknym modrym Dunajem”? Dzięki wykonaniu Wiener Opernball Orchester można było zamknąć oczy i przenieść się prosto do Wiener Musikverein. Chociaż, sceneria krynickiego deptaku stała się wówczas wcale nie mniej atrakcyjną. Każdy instrumentalny utwór, czy to uwertura do „Nocy w Wenecji”, czy walce z „Księżniczki Czardasza”, uskrzydlały dusze zasłuchanej publiczności.

Solistów można porównać do klejnotów lśniących w diademie, jaki tworzyła orkiestra. Dwa soprany i dwóch tenorów – każde z nich imponuje nie tylko siłą i szlachetną barwą głosów, lecz także eleganckim, teatralnym lecz niewymuszonym, pełnym wdzięku ruchem scenicznym. W aparycji emanująca dystyngowanym chłodem, niczym Elina Garanca, Isabel Seebacher, zachwyciła zwłaszcza w „Czardaszu Hrabiny Maricy” z operetki Imre Kalmana. Było to zupełnie inne wykonanie, niż te ogniste, płomienne, pełne wręcz cygańskiego temperamentu, do których przyzwyczajona jest polska publiczność. Jednak wcale nie mniej zjawiskowe. Elisabeth Schwarz zaskoczyła i rozbawiła jako „Krysia z poczty” z „Ptasznika z Tyrolu” Zellera, gdy w czapce listonosza i z wielką, skórzaną torbą, przewieszoną przez jej amarantową suknię, wkroczyła pomiędzy publiczność, rozdając listy. Jeffrey Treganza porwał wykonaniem najsłynniejszego przeboju w dorobku Jana Kiepury, „Brunetki, blondynki”, zaśpiewanego nie tylko z humorem, ale przede wszystkim, imponującą, niemal bezbłędną polszczyzną. Zakończył utwór w towarzystwie Vincenta Schirrmachera udowadniając, że „trzech tenorów” to żadna konieczność, bo na krynickiej scenie czasami wystarczy dwóch. Aż dwóch, gdyż ich głosy na pewno słyszeli kuracjusze aż w Patrii, jeśli nie dalej.

A zatem „Hrabina Marica”, „Ptasznik z Tyrolu”, a także „Kraina uśmiechu”, „Księżniczka Czardasza”, „Noc w Wenecji”, „Orfeusz w piekle”, „Zemsta nietoperza”, „Wesoła wdówka”, „Wiedeńska krew” – muzyka z tych operetek zawładnęła krynickim deptakiem tej wyjątkowej, czarownej nocy.
Swoje zaklęcie niezwykle skutecznie rzucił klarnecista Thomas Lukschander, wykonując Czardasza Rozalindy z „Zemsty nietoperza”. Był to czardasz bez słów. Niebanalna odmiana. Wsłuchując się bowiem w śpiewany przez solistki tekst: „Piosnka daleka, choć sercu tak bliska /Z oczu wyciska gorące łzy /Dawna melodia, melodia tęskliwa /Mnie wzywa ojczyzna ma. /To ty, ojczyzno ma”, oczywistym jest, że to w istocie pieśń patriotyczna. Sam tekst, pozbawiony melodii, brzmi patetycznie, nostalgicznie, czasami groznie i smutno: „Ogień, wojna, krew, to nasz węgierski śpiew”. Ale na pewno nie uwodzicielsko, a przecież właśnie taki erotyczny czar niesie ze sobą muzyka. Klarnecista grał ze zmysłową wirtuozerią, pieszcząc każdym dzwiękiem i pobudzając do ekstatycznego drżenia. Czy Strauss mógł przypuszczać, że jego kompozycja stanie się takim afrodyzjakiem?

Na scenie tamtego wieczora był jeszcze jeden magik. Olbrzymia wiedza operowa i operetkowa, elegancja, bezbłędna dykcja, wyważone poczucie humoru, trochę diabelski, a trochę arystokratyczny image – czy można sobie wyobrazić lepszego prowadzącego, niż Jerzy Snakowski? Organizatorzy każdego koncertu, który prowadzi, mogą poszczycić się prawdziwym szczęściem. Ponieważ konferansjerka Snakowskiego jest po prostu wzorcowa. To wielka sztuka, pięknie mówić o operze i operetce (nie o sobie!), a jednocześnie zaciekawić, przekazać wiedzę, nie zanudzić, czasem rozbawić i, no właśnie, oczarować. Jerzy Snakowski jest niczym mistyk, guru, który wciąż pozyskuje sobie nowych wyznawców, zakochanych w muzyce klasycznej. Z pewnością wielu spośród krynickiej publiczności dołączyło do nich i tym razem.

„Wiedeń dla Kiepury” to koncert, po wyjściu z którego można stać się lepszym człowiekiem. Który pokazał, co to znaczy ulec magii muzyki i magii słowa. Bo zarówno muzyka sama w sobie, jak i opowiadanie o niej, potrafi uwznioślić, uduchowić, rozgrzać zmysły, popatrzeć na świat i drugiego człowieka poprzez różowe okulary i odepchnąć negatywne myśli gdzieś daleko, poza naszą świadomość.
Szczególne wyrazy wdzięczności należą się Profesorowi Ryszardowi Karczykowskiemu, dzięki któremu wiedeńscy artyści wystąpili na 52. Festiwalu im. Jana Kiepury. Oby więcej takich koncertów w kolejnych latach!

„Uśmiechnij się z Kiepurą” – fotorelacja. 52. Festiwal im. Jana Kiepury w Krynicy.

Niewątpliwą atrakcją Festiwalu im. Jana Kiepury w ostatnich latach jest happening pomysłu Łukasza Lecha pod tytułem „Uśmiechnij się z Kiepurą”. Każdego dnia festiwalu, o stałej godzinie, na krynicki deptak ciągną tłumy by podziwiać Jana Kiepurę, który wraz z małżonką Martą Eggerth, przeniósł się w czasie z dwudziestolecia międzywojennego, kiedy był u szczytu kariery i przyjechał do nich pięknym, zabytkowym samochodem.

To doskonały pomysł, by muzyka, nie tylko operowa, wyszła do ludzi. By stała się dostępna dla każdego, na wyciągnięcie ręki i nadstawienie ucha. W 2018 roku spotkania z legendarnymi Janem i Martą zostały uświetnione przez odwiedzających ich gości, a byli to m.in. Eugeniusz Bodo, Pola Negri, Jadwiga Smosarska, a nawet sam Marszałek Józef Piłsudski. To lekcja historii i edukacja muzyczna poprzez zabawę, wszystko oczywiście na żywo.

W role Jana Kiepury i Marty Eggerth wcielają się śpiewacy operowi. W tym roku muzycznych wrażeń przez cały tydzień dostarczali tenor Łukasz Gaj jako Jan oraz sopranistka Ewelina Szybilska jako Marta. Oboje są solistami m.in. Opery Śląskiej i Opery Krakowskiej, a prywatnie, podobnie jak słynna para śpiewaków – małżeństwem. Towarzyszyli im artyści polskich i zagranicznych teatrów muzycznych, m.in. Katarzyna Mackiewicz, Jakub Oczkowski czy Marcin Jajkiewicz. Grała Krynicka Orkiestra Zdrojowa pod batutą Mieczysława Smydy. Artystów swoim samochodem woził pan Władysław Płaczek, natomiast spotkania prowadził Łukasz Lech.

Dać się porwać czardaszowi. Koncert „Czardaszem przez Operetkę”. 52 Festiwal im. Jana Kiepury w Krynicy

A gdyby tak rzucić wszystko i… ruszyć do czardasza? O, jakże piękniejszy wydałby się wtedy świat!

Z takiego założenia wyszli organizatorzy i reżyser koncertu „Czardaszem przez operetkę” na 52. Festiwalu im. Jana Kiepury w Krynicy Zdroju. Koncert przygotował, wyreżyserował i poprowadził Łukasz Lech – wielki miłośnik operetki i popularyzator tej na pozór lekkiej i przyjemnej w odbiorze, a w rzeczywistości karkołomnie trudnej w wykonaniu, sztuki teatralnej.
Operetka to synteza teatru we wszystkich jego odcieniach – zatem to nie tylko muzyka i wokal, na których opiera się teatr muzyczny, lecz także taniec, choreografia, aktorstwo oraz humor. Bo przecież operetka powstała by cieszyć, wywoływać uśmiechy i dodawać szczypty koloru do szarości codziennej egzystencji.

Udało się to wszystko osiągnąć w koncercie „Czardaszem przez Operetkę”. Czardasze zdominowały krynicką scenę, wyselekcjonowane z dzieł operetkowych, takich jak: „Księżniczka Czardasza”, „Baron Cygański”, „Zemsta Nietoperza”, „Hrabina Marica”, „Wiktoria i jej huzar”.

Poza wykonaniami wokalnymi, w programie zabrzmiały także te instrumentalne – odtańczone przez Balet Cracovia Danza i Zespół Tańca Artystycznego „Miniatury”, a także zagrane na skrzypcach. Ich struny rozgrzał do czerwoności Bogdan Kierejsza, brawurowym wykonaniem Czardasza Montiego. To artysta, który wkłada w grę na instrumencie całą duszę i poświęca się jej bez reszty, a każdy jego występ jest prawdziwym widowiskiem.

Lecz czymże byłby koncert operetkowy bez znakomitych śpiewaków?
Katarzyna Mackiewicz to diva, o której powinni marzyć reżyserzy i do której powinna wzdychać publiczność. Gdy pojawia się na scenie, rzuca czar nie tylko przepiękną barwą głosu, lecz każdym gestem, spojrzeniem, ruchem tanecznym. Jej „Czardasz Rozalindy” z „Zemsty Nietoperza” wykonany solo, bez udziału baletu i statystów, był prawdziwą perłą. Czarną perłą, jak suknia artystki podczas tegoż wykonania.
Wiele dziewczęcego uroku i wręcz cygańskiej tajemniczości wniosła na scenę Ewelina Szybilska. Solistka Opery Śląskiej, zarówno w solowych wykonaniach, jak i w duetach, prezentuje się i brzmi wdzięcznie, naturalnie, subtelnie, kobieco. Jej przejmującą arię Saffi z „Barona Cygańskiego”, zaśpiewaną z talią kart w dłoniach, zapamiętam na długo.
Nie zawiedli także soliści. Tenor Jakub Oczkowski bez wątpienia w operetce czuje się jak ryba w wodzie. Obserwując swobodę jego scenicznych występów, nie sposób nie zauważyć, że artysta wówczas doskonale się bawi i w wir tej zabawy wciąga publiczność.
Tenor Łukasz Gaj jest już nieco bardziej wyważony i ekspresyjnie oszczędny w swych kreacjach scenicznych. Jednak prezentuje się bardzo dostojnie, elegancko i porusza się po scenie ze swoistym arystokratycznym szykiem.
W tym roku na Festiwalu im. Jana Kiepury debiutuje młody tenor Sławomir Naborczyk. Jego piękna barwa głosu, wielkie ambicje i zaangażowanie pozwalają żywić nadzieję, że usłyszymy go na jeszcze wielu krynickich festiwalach w nadchodzących latach.
Prawdziwą wisienką na torcie i prawdopodobnie najlepiej przyjętą przez publiczność parą wykonawców okazali się goście z Węgier – młodziutka Aisha Kardffy (rocznik 1999!) i Peller Károly, soliści Operetki w Budapeszcie. Ich widowiskowe wykonania arii w ich rodzimym języku, połączone z zapierającymi dech, wręcz akrobatycznymi popisami tanecznymi, podgrzały temperaturę w i tak już dusznym i gorącym wnętrzu Pijalni Głównej.

Całość poprowadził Łukasz Lech – serce i mózg tego koncertu, z towarzyszeniem Magdaleny Drohomireckiej. Podczas zapowiedzi wspominali Martę Eggerth, której to koncert został zadedykowany. Opowieści i anegdoty o żonie patrona festiwalu ubogaciły fragmenty archiwalnych nagrań z filmów i recitali z jej udziałem, wyświetlane na ekranie. Dzięki cudom współczesnej techniki, głos Marty Eggerth zabrzmiał dla krynickiej publiczności ponownie.
Zagrała orkiestra Wiener Solisten Orchestr pod dyrekcją Piotra Gładkiego.

Publiczność bez wątpienia dała się porwać. Po takim koncercie aż chciało się wstać i z radością ruszyć do czardasza. Bo, jak zaśpiewali artyści w finałowym utworze z „Księżniczki Czardasza”, „Joj maman”, „życie krótkie”, więc „precz ze smutkiem”.

Recital operetkowy z okazji imienin Wandy Polańskiej – fotorelacja.

W piątek 22 czerwca 2018 roku w Krakowie odbył się recital z okazji imienin Wandy Polańskiej, Primadonny polskich scen operetkowych. Koncert zorganizował i poprowadził z humorem i elegancją Paweł Świętorecki, wielki pasjonat operetki i autor książki o Wandzie Polańskiej, zatytułowanej „Cudowny czas”. Specjalnie dla solenizantki zaśpiewali Kamila Lendzion i Mirosław Niewiadomski. Publiczność zgromadzona w niewielkiej, kameralnej sali, mając artystów praktycznie w zasięgu ręki, wysłuchała arii z najpiękniejszych operetek, takich jak „Księżniczka Czardasza” czy „Hrabina Marica”. Pojawiły się także utwory musicalowe oraz piosenki z repertuaru Elvisa Presley’a, które w mistrzowski sposób interpretuje tenor Mirosław Niewiadomski. Te ostatnie wzbudziły ogromny entuzjazm na widowni.
To było niezwykłe muzyczne popołudnie, pełne radosnych dzwięków i ciepłych rozmów. Wyjątkowe imieniny wyjątkowej Osoby i wielkiej Artystki.

22
Portret Wandy Polańskiej autorstwa Pawła Babicza. 

 

W rytmach walca i czardasza. Koncert inauguracyjny Festiwalu Operetkowego im. Iwony Borowickiej.

Operetka krakowska wróciła do domu. Dosłownie, gdyż 7 czerwca 2018 roku w miejscu, w którym przed laty mieścił się teatr operetkowy w Krakowie – w sali nieistniejącego już Domu Żołnierza, gdzie obecnie stoi gmach Opery Krakowskiej, odbył się szczególny koncert. Koncert inaugurujący Pierwszy Letni Festiwal Operetkowy na Wiśle im. Iwony Borowickiej. Inicjatywa powstała dzięki współpracy Łukasza Lecha, Sybilli Borowickiej oraz Fundacja Quest, z miłości do operetki w jej klasycznym wydaniu i z tęsknoty do czasów, gdy teatr operetkowy zapierał dech przepychem inscenizacji i widowiskowością wykonań. 


Koncert rozpoczął się od występu samej Iwony Borowickiej – primadonny polskich scen operetkowych. Jej śpiew, liczne talenty i zjawiskowa osobowość artystyczna zainspirowały przed laty samego Bogusława Kaczyńskiego. Diwa ukazała się w wyświetlanym na wielkim ekranie, archiwalnym materiale wideo. Po chwili muzyka dosłownie wkroczyła na scenę dzięki Orkiestrze Obligato pod batutą Jerzego Sobeńko, która idealnie zawtórowała nagraniu. Arię Iwony Borowickiej kontynuowała artystka młodego pokolenia, Katarzyna Mackiewicz – Катажина Мацкевич soprano, z gracją i magnetyzmem godnym primadonny ze złotych czasów świetności operetki. To kolorowy ptak i prawdziwy fajerwerk wśród solistek. Każde pojawienie się tej fenomenalnej śpiewaczki na scenie wzbudza ogromny entuzjazm. I tym razem nie było inaczej. Scena tamtego wieczoru niewątpliwie należała do Katarzyny Mackiewicz, choć w koncercie wzięli udział liczni soliści z Polski i zza granicy, wywołujący wcale nie mniej emocji.
Wśród wykonawców tamtego wieczoru publiczność miała niewątpliwą przyjemność posłuchać Magdaleny Pilarz-Bobrowskiej, artystki operetkowej o imponującej sile głosu i wielkim temperamencie, pochodzącej z rodziny śpiewaków. Czardasze w jej wykonaniu to prawdziwe perły, podobnie jak duety z tenorami Jakubem Oczkowskim i Krystianem Krzeszowiakiem. Zaś jej interpretacja pieśni „Pokochaj mnie” z repertuaru Marthy Eggerth dostarczyła niezapomnianych wzruszeń.
W koncercie wzięli udział także doświadczeni soliści, już od kilku dekad po mistrzowsku interpretujący arie z najsłynniejszych operetek, ulubieńcy Bogusława Kaczyńskiego – Bożena Zawiślak-Dolny oraz Jan Wilga. Ich wspólny duet „Tłumy fraków” z „Księżniczki Czardasza” był najbardziej emocjonującym wykonaniem wieczoru. Para śpiewaków zachwyciła nie tylko śpiewem, lecz przede wszystkim aktorstwem. Z pewnością niejedno serce mocniej zabiło i niejedna łza popłynęła wśród publiczności.
Prawdziwym hitem okazała się natomiast para artystów z operetki w Budapeszcie, którzy wystąpili gościnnie. Barbara Body i Karoly Peller wykonali arie w języku węgierskim, m.in. znany i lubiany przebój „Ach jedz do Varasdin” z „Hrabiny Maricy” oraz dali prawdziwy popis umiejętności tanecznych i… akrobatycznych! Publiczność z pewnością nigdy wcześniej nie oglądała na polskich scenach tak brawurowych wykonań operetkowych, wymagających nie tylko głosu, lecz także wielkiej sprawności fizycznej i talentu komediowego. Węgierscy soliści potrafili nie tylko rozbawić, ale i wprawić w zdumienie. 

Koncert składał się z dwóch części: pierwsza upłynęła w rytmach walca, druga zaś – czardasza. Bogaty i urozmaicony program to zarówno popularne i uwielbiane arie operetkowe, m.in. z „Księżniczki Czardasza” czy „Hrabiny Maricy”, jak i te mniej znane, wśród których są chociażby „Wiktoria i jej huzar” Paula Abrahama. Pojawił się także musicalowy przebój „Przetańczyć całą noc” oraz nieznana dotąd pieśń, napisana specjalnie dla Iwony Borowickiej, której jednak artystka nie zdążyła wykonać przed śmiercią (zaśpiewała za to, z sercem i oddaniem sztuce wokalnej, Bożena Zawiślak-Dolny). 


O konferansjerkę na najwyższym poziomie zadbał wielki miłośnik operetki Łukasz Lech, który jest także autorem scenariusza i reżyserem koncertu. Jego zaangażowanie budzi podziw i szacunek, bo Łukasz Lech to człowiek sercem i duszą oddany scenie, artystom i muzyce. Słychać to i widać w każdym przygotowanym przez niego koncercie. Z ogromną korzyścią nie tylko dla wykonawców, lecz przede wszystkim dla publiczności. Bowiem po takich wydarzeniach kulturalnych, pełnych muzyki w jej najżywszych odcieniach, uśmiech na twarzy utrzymuje się długo, a serca biją w rytm walców i czardaszy. 

Walc wiedeński z Tuwimem. „Zemsta Nietoperza” w Teatrze Wielkim w Łodzi.

Zemsta najlepiej smakuje na zimno. Z takiego założenia wychodzi też większość reżyserów operowych w Polsce, bowiem spektakl „Zemsta Nietoperza” Straussa wraca na sceny najczęściej właśnie w okresie zimowym. Nie inaczej było z łódzką premierą.
Nowa produkcja Teatru Wielkiego jest urzekająco, a wręcz rozkosznie piękna. Zadbano o każdy szczegół – kostiumów, scenografii, oświetlenia. Wszystko w stonowanej, nienachalnej kolorystyce pasuje do siebie wprost idealnie. Tworzy spójną całość. Tak powinno też być z artystami na scenie, o co zadbał reżyser i choreograf w jednym, Giorgio Madia. Tutaj nic nie dzieje się bez przyczyny, ruch sceniczny to ciągły pokaz idealnie zgranych ze sobą, teatralnych gestów. Zatem poza pięknym operetkowym śpiewem, można podziwiać także aktorstwo, które zdecydowanie różni się od tego w pozostałych współcześnie wyreżyserowanych operetkach. Jest to bardziej ukłon w stronę przedwojennej konwencji, w stronę Tuwima – autora tłumaczenia libretta – i jego czasów. 


Ogromnym plusem jest pantomimiczny prolog, który odbywa się na scenie podczas uwertury. Pozwala lepiej zrozumieć całą intrygę, mającą miejsce w kolejnych aktach. Jest to przezabawna, miła dla oka, rozrywkowa scena dostarczająca wiele radości.


Prawdziwą zaletą jest także obsada. Joanna Woś jako Rozalinda i Tomasz Rak jako Einsenstein wykreowali pełną sprzeczności parę. Wspaniale prezentowała się i brzmiała Joanna Moskowicz w partii Adeli, Grzegorz Szostak jako dyrektor więzienia zachwycił chyba najlepszym tamtego wieczoru aktorstwem i dowcipem. Zaś orkiestra spisała się doskonale, choć pod batutą takiego Mistrza jak Tadeusz Kozłowski nie mogło być inaczej. 


Całość jest urocza, przyjemnie się słucha, jeszcze przyjemniej ogląda. Jest atmosfera Wiednia, niewymuszony przepych, elegancja i szyk. Łódzka „Zemsta…” na pewno nieco podbudowała moją opinię o operetkach, z którymi próbowano robić już chyba wszystko i coraz rzadziej z pozytywnym skutkiem. Choć nadal preferuję śpiew – czyli to, co solistom wychodzi najlepiej, od dialogów.