Wielki finał z wysokim C. Gala Sylwestrowa w Teatrze Wielkim Operze Narodowej w Warszawie.

Jeśli celebrować koniec roku, to tylko w operze!… Czy jednak, nie? Wigilia Nowego Roku, ta jedyna noc, gdy wszyscy, niezależnie od wieku, wyznania, narodowości i między innymi także preferencji muzycznych, chcą się bawić. Dlaczego więc tak wąska grupa społeczeństwa wychodzi z założenia, że przy muzyce klasycznej dobrze bawić się po prostu nie da?
Opera od wielu dekad powszechnie kojarzona jest z patosem, martyrologią, podniosłą atmosferą, grobowymi minami na widowni i zwykłym, potocznie mówiąc, sztywniactwem. A przecież, opera potrafi pobudzać zmysły, wywoływać uśmiechy, bawić, porywać do tańca. Rozniecać aurę radości połączoną z uczuciami wyższymi, dumą, zachwytem, ekscytacją, duchowym uskrzydleniem i poczuciem doświadczania wyższej formy piękna.

Takich uczuć z pewnością doświadczyła publiczność zgromadzona na Gali Sylwestrowej Teatru Wielkiego Opery Narodowej, która w nocy z 2018 na 2019 rok odbyła się pod hasłem „Moniuszko w świecie bel canta”. Choć program koncertu nie zawierał tak zwanych operowych hitów, tych bardziej spopularyzowanych arii, wykonywanych namiętnie podczas koncertów karnawałowych. Kto więc nastawił się na wysłuchanie „Arii szampańskiej” z „Don Giovanniego” Mozarta, czy „Quando m’en vo” z „Cyganerii” Pucciniego, nie zaspokoił swoich oczekiwań. Otrzymał za to coś znacznie więcej.
Jak często mamy okazję wysłuchać w Polsce arii z „Córki Pułku” Donizettiego, „Purytanów” Belliniego, czy „Hrabiny” Moniuszki? Koncert w Teatrze Wielkim Operze Narodowej w reżyserii Jarosława Kiliana i pod batutą Grzegorza Nowaka okazał się wyśmienitym prezentem dla wielbicieli tych rzadziej wystawianych tytułów. I to z udziałem solistów nie tylko o znanych nazwiskach, lecz przede wszystkim o możliwościach wokalnych na najwyższym, międzynarodowym poziomie.

Twórcy koncertu postawili przede wszystkim na jakość. Tu każdy element był dopracowany, włącznie z czasem trwania koncertu, wyliczonym z matematyczną precyzją. Nie było mowy o bisach, nad czym osobiście odrobinę ubolewam, gdyż niektóre z wykonań były taką ucztą dla ucha, że chciałoby się ją przedłużyć.

Początek był dość zachowawczy, przewidywalny z racji nadchodzącego Roku Moniuszkowskiego i atmosfery Sylwestra. Arię Skołuby ze „Strasznego dworu”, która w założeniu miała nawiązywać do upływającego czasu przed końcem starego roku, wykonał młody obiecujący bas, Krzysztof Bączyk. Poprawnie, spokojnie, bez emocji.

Natomiast gdy na scenę wkroczyła Małgorzata Walewska w arii z trzeciego aktu „Hrabiny” Stanisława Moniuszki – „Zbudzić się z ułudnych snów” – momentalnie podniosło się ciśnienie na sali. Jej pełna temperamentu interpretacja idealnie wpasowała się w klimat współczesnych salonów Warszawy, choć geneza powstania opery sięga drugiej połowy XIX wieku i czasów Księstwa Warszawskiego, gdy życie towarzyskie ówczesnej arystokracji kipiało od plotek i intryg. Walewska nadała arii wymiar uniwersalny, pokazując, jak łatwo urażona duma i zawiedzione oczekiwania mogą przerodzić się w złość. Jak niedaleko jest od miłości do gniewu. I jak trudno tłumić w sobie tę mieszankę najsilniejszych uczuć w sytuacji publicznej. Aria ta jest jednym z najciekawszych kobiecych portretów psychologicznych w dorobku artystycznym Moniuszki.
W nieco podobnym klimacie utrzymana jest aria zaśpiewana przez Małgorzatę Walewską w drugiej części koncertu – „Jak będę królową”, z niedokończonej opery Moniuszki „Rokiczana”. Podobnym, bo również jest monologiem bardzo dumnej kobiety. Choć w przeciwieństwie do próbującej przełknąć gorzką pigułkę porażki Hrabiny, Rokiczana jest zdecydowanie nastawiona na zwycięstwo na niwie prywatnej i społecznej. I znów jest to przykład genialnej interpretacji, gdzie pewność siebie bohaterki idzie w parze z mocnym wokalem śpiewaczki.

Kolejna z wykonawczyń, Edyta Piasecka, pokazała dwa zupełnie różne oblicza w obu częściach koncertu. W pierwszej była smutną Julią z opery Vincenzo Belliniego „I Capuleti e i Montecchi”, której treść opiewa losy najsłynniejszych kochanków w dziejach literatury, szekspirowskich Romea i Julii. Przesycona tęsknotą aria „Oh! Quante volte” wymaga niezwykłej delikatności i wrażliwości interpretacyjnej, połączonych z kunsztem wokalnym, jakim Edyta Piasecka niewątpliwie dysponuje. Druga aria w jej wykonaniu, słynna Hanna ze „Strasznego dworu” była wielkim, żywiołowym popisem umiejętności śpiewaczych artystki, potwierdzając tylko jej status mistrzyni koloratur polskich scen operowych.

Włoska sopranistka Maria Agresta zaprezentowała się w stricte belcantowym repertuarze – dwóch ariach z oper Vincenzo Belliniego. Artystka zachwyciła publiczność Teatru Wielkiego zwłaszcza w arii Elviry z „Purytanów”, choć to na „Casta diva” z „Normy” wszyscy czekali najbardziej. W tym drugim wykonaniu, choć bardzo dobrym technicznie, nieco zabrakło pasji i ognia, czyniąc je odrobinę beznamiętnym i suchym.

Na wyróżnienie zasługuje udział Artura Rucińskiego. Polski baryton światowej sławy brylował na scenie w partii przebiegłego Malatesty z opery buffa „Don Pasquale” Gaetano Donizettiego. Zarówno solo, jak i w duecie „Cheti, cheti” z basem Krzysztofem Bączykiem, gdzie obaj panowie nie tylko zaprezentowali pełnię swych możliwości wokalnych na międzynarodowym poziomie, lecz także dostarczyli publiczności ogromnej rozrywki. To właśnie ten moment koncertu najbardziej prosił się o bis, o czym świadczyły niezwykle entuzjastyczne i długotrwałe owacje.

Jedną z największych muzycznych ciekawostek wieczoru była liryczna dumka Jontka „Szumią jodły na gór szczycie” w języku włoskim. Libretto przetłumaczył Giuseppe Achille Bonoldi, zaśpiewał zaś brazylijski tenor Matheus Pompeu, wykonawca partii Jontka we włoskojęzycznej „Halce”, której koncertowa wersja zainaugurowała 5 stycznia 2019 Rok Moniuszkowski. Z przyjemnością można było zasłuchać się w jakże pięknym frazowaniu i zachwycić południową, słoneczną barwą głosu śpiewaka.

Jednakże punktem programu, na który ja osobiście najbardziej czekałam, była aria Tonia „Ah! mes amis, quel jour de fete!” („Ach, przyjaciele, co za uroczysty dzień!”) z „Córki pułku” Gaetano Donizettiego. Uważana za najbardziej karkołomną arię tenorową ze słynnym, pojawiającym się aż dziewięciokrotnie wysokim C. Ponoć przyczyną porażki prapremiery w 1840 roku był właśnie tenor, nie będący w stanie sprostać wymaganiom wokalnym. Niedoścignionym w interpretacji był Luciano Pavarotti, którego po debiucie w partii Tonia na deskach londyńskiej Royal Opera House w 1966 roku okrzyknięto „Królem Wysokich C”. Warszawska publiczność natomiast miała przyjemność posłuchać włoskiego tenora Francesco Demuro. Zwycięsko wybrnął on ze wszystkich pułapek wokalnych, udowadniając, że warto intensywnie pracować nad techniką śpiewu, by podążyć w ślady Pavarottiego.

Koncert uatrakcyjniły także otwierające go i wieńczące partie baletowe w tradycyjnych kontuszach szlacheckich – Moniuszkowski polonez koncertowy A-dur oraz mazur ze „Strasznego dworu”. Warto w tym miejscu także wspomnieć o wspaniałej pracy chóru, który uświetniał zarówno wykonania solistów, jak i zaprezentował partie chóralne z oper „Łucja z Lammermooru”, „Don Pasquale”, Straszny dwór”.
Uroczysty nastrój podkreśliła piękna gra świateł oraz subtelne, stonowane kolorystycznie, minimalnie animowane wizualizacje multimedialne, idealnie współgrające z muzyką i nie rozpraszające uwagi widzów.
W tak miłym dla ucha i oka otoczeniu delektowanie się tradycyjną lampką szampana było podwójną przyjemnością.

Tak udany, wielki operowy finał 2018 roku, niczym wykwintny i wcale nie ciężkostrawny deser wieńczący ucztę, jest niewątpliwie dobrą wróżbą na nowy rok. Pozwolił rozsmakować się w muzyce i nabrać apetytu na jeszcze więcej belcanta i… jeszcze więcej Moniuszki, bo w końcu rok 2019 upłynie pod patronatem kompozytora, w dwusetną rocznicę jego urodzin. Artyści Teatru Wielkiego Opery Narodowej i zaproszeni goście udowodnili, że można przeżyć całą gamę pozytywnych emocji i doskonale się bawić przy operowym repertuarze. Z niecierpliwością czekam na kolejną galę sylwestrową.

 

 

Reklamy

Skruszyć wewnętrzny lód. Giuliano Carmignola i Cappella Gedanensis na 28. Festiwalu Mozartowskim.

Co najskuteczniej przypomina nam, że żyjemy? Ponoć jest to ból. Gdy przestajemy go odczuwać, to znaczy, że jesteśmy martwi, nie tylko w sensie czysto biologicznym, lecz przede wszystkim wewnętrznie. Odczuwanie, przeżywanie – kiedy doświadczenia nie przemijają wedle normalnego rytmu upływu czasu, lecz pozostawiają po sobie ślad, mniej lub bardziej trwały. Wtedy właśnie możemy powiedzieć, że żyjemy pełnią życia, choć nie zawsze oferuje nam ono przyjemności, piękno i dobro. Odczuwanie emocji i umiejętność ich wyrażania przypominają, że żyjemy tu i teraz. Wyrażania poprzez sztukę, wyrażania słowem, wyrażania poprzez muzykę. Muzyka jest tym śladem, który pozostaje w duszy, w sercu, w zakamarkach naszego umysłu, czasem bardzo odległych, do których sami rzadko zaglądamy. Franz Kafka powiedział, że książka powinna być niczym ostrze, które kruszy zamarznięte morze wgłębi nas. Dla mnie takim ostrzem jest muzyka.

Muzyka Mozarta ma w sobie światło zdolne przebić się przez najgrubszą warstwę emocjonalnego lodu. Lecz ta właśnie muzyka wymaga wyjątkowej oprawy. Jej światło rozbłysło pełnym blaskiem, gdy w chłodny i deszczowy, choć przecież letni wieczór, w warszawskiej Bazylice Archikatedralnej zabrzmiały koncerty D-dur i B-dur na skrzypce i orkiestrę oraz Symfonia g-moll w wykonaniu Giuliano Carmignoli i Cappelli Gedanensis. Była to prawdziwa perła w programie 28. Festiwalu Mozartowskiego zorganizowanego przez Warszawską Operę Kameralną.

Już od pierwszych taktów było to oczywiste – włoski wirtuoz skrzypiec i jednocześnie dyrygent, oraz gdańska orkiestra stworzyli olśniewającą syntezę, wręcz symbiozę dzwięków, jeden organizm powołany do życia dzięki muzyce. Nuty pełne światła opanowały wnętrze katedry aż po gotyckie sklepienia. Zahipnotyzowały publiczność. Wzruszyły, porwały, zdominowały i ośmielę się powiedzieć, wprosiły się, wefrunęły, rozgościły się w każdej z zasłuchanych dusz.

To nie był koncert jakich wiele. To było mistyczne przeżycie. Giuliano Carmignola gra z tak nadzwyczajną wrażliwością, że skrzypce w jego dłoniach śpiewają, opowiadają historię, prowadzą dialog z każdym z osobna z grona publiczności. Muzyka staje się osobistym zaproszeniem do wymiany myśli i uczuć. Zabiera w podróż do naszej prywatnej historii. Nagle wspomnienia stają się bardzo żywe. Wspomnienia tych najpiękniejszych chwil, które już nigdy nie wrócą, które dzieliłam z ludzmi bliskimi memu sercu, lecz już nie mogę żadnego z nich przytulić, z żadnym z nich porozmawiać. A jednak, oni tam byli, tuż obok, przez chwilę, w czasie trwania koncertu. Muzyka ich wskrzesiła, bądz przyprowadziła z drugiego końca kraju. I w tamtym magicznym momencie nie były obecne ani żal, ani tęsknota. Tylko radość.

Tak zadziałała magia Mozarta, magia wirtuoza skrzypiec, magia Cappelli Gedanensis oraz magia monumentalnego, gotyckiego wnętrza katedry. Wiele bym dała, by przeżyć ten koncert raz jeszcze, powtórzyć go, ponownie doświadczyć jego światła. Teraz jest już wspomnieniem. Lecz jakże ważnym. Jednym z tych wyjątkowych wspomnień, pozostawiających trwały ślad.

02

01

 

W nawiedzonym hotelu. „Ognisty Anioł” w Teatrze Wielkim Operze Narodowej.

Opera przybiera coraz bardziej zaskakujące formy wizualne. Zaczynam zastanawiać się, czy koniecznie istnieje potrzeba nadawania jej dodatkowego znaczenia, poza tym, które już wnosi muzyka i libretto.

W „Ognistym Aniele” Prokofieva jest tyle przejmujących dzwięków, które pobudzają zmysły i przyśpieszają akcję serca, libretto opiewa historię tak mocno oddziałującą na wyobraznię… Historię mistyczną, mroczną, przepełnioną dramatyzmem opętania, obsesji, niespełnienia, pożądania, alienacji, wykluczenia, potępienia. A więc właściwie, po co na siłę wpychać losy bohaterów w inny wymiar?

Reżyser Mariusz Treliński umieścił akcję w obskurnym współczesnym hotelu, w którym dzieje się tyle, że chwilami nie wiadomo, w którą stronę patrzeć. Statyści w cudacznych strojach, wykonujący zagadkowe dla mnie czynności (szczytem był jegomość z aparatem fotograficznym, błyskającym publiczności flashem po oczach), wkraczają na scenę zupełnie nagle, sieją zamęt i tak samo nagle znikają. Do tego nieodzowne u tegoż reżysera odniesienia do popkultury, tu i ówdzie w stylizacjach postaci i elementach scenograficznych.

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że zródłem inspiracji był piąty sezon serialu „American Horror Story” Ryana Murphy’ego, pod tytułem „Hotel”. Jestem wielbicielką tego krwawego, nieco przerysowanego, nacechowanego brutalnym erotyzmem serialu. Nie jestem jednak pewna, czy chcę go oglądać na scenie operowej. Osobiście nie poszukuję w operze akurat takich rozwiązań. I nie należę do widzów, do których one przemawiają. Choć grono publiczności łaknącej kultury wysokiej przesyconej popkulturą niewątpliwie istnieje, a może nawet, z kolejnymi pokoleniami, powiększa się.

Kilka lat studiów na Akademii Sztuk Pięknych, ponad 25 lat odwiedzania oper w kraju i za granicą i nadal muszę z czystym sumieniem przyznać, że wiele współczesnych inscenizacji – w tym także Trelińskiego – pozostaje dla mnie niezrozumiałych.

Na szczęście, przyjemnością było słuchanie orkiestry pod batutą młodego, energicznego dyrygenta Bassema Akiki, jak również śpiewu solistów. Wokalnie, na wysokości zadania staje nie tylko dwójka głównych bohaterów – Ausrine Stundyte (Renata) i Scott Hendricks (Ruprecht), ale także, a może wręcz przede wszystkim, utalentowane polskie mezzosopranistki: Agnieszka Rehlis jako Wróżka/Widmo i Bernadetta Grabias w partii właścicielki hotelu. Obie śpiewaczki stworzyły bardzo wyraziste, choć epizodyczne kreacje aktorskie.

Różnorodność, światowość, jeden element zaskoczenia za drugim – często wbrew logice. To wszystko można zobaczyć na scenie narodowej w „Ognistym Aniele” Trelińskiego. W nawiedzonym hotelu, w królestwie mrocznego chaosu.

 

03
Agnieszka Rehlis jako Widmo
04
Beata Fischer i Agnieszka Rehlis

Oratorium „Quo Vadis” Nowowiejskiego w Filharmonii Narodowej w Warszawie. Fotorelacja.

Nadzwyczajny koncert oratoryjny w warszawskiej Filharmonii Narodowej – „Quo Vadis” Feliksa Nowowiejskiego.
20 listopada 2016

Wykonawcy:
Aleksandra Kurzak – sopran
Artur Rucinski – baryton
Rafał Siwek – bas
Sebastian Szumski – baryton
Górecki Chamber Choir
Orkiestra Symfoniczna Warmińsko-Mazurskiej Filharmonii im. Feliksa Nowowiejskiego w Olsztynie pod batutą Piotra Sułkowskiego

fot1.JPG
Beata Fischer i Aleksandra Kurzak 
14
Beata Fischer i Artur Ruciński 

Operowy seans spirytystyczny. „Goplana” w Teatrze Wielkim Operze Narodowej.

„Artyści to także rodzaj widm, tylko tu, na ziemi.” Tym cytatem z dramatu Witkacego „W małym dworku” najkrócej można by streścić spektakl „Goplana” Władysława Żeleńskiego, który miała swoją premierę w przedostatni weekend października 2016 roku w Teatrze Wielkim Operze Narodowej w Warszawie. Obsada opery, wyreżyserowanej przez Janusza Wiśniewskiego, który jest jednocześnie autorem scenografii i kostiumów, stała się bowiem częścią mrocznego spektaklu. Czołowi polscy śpiewacy operowi wcielili się w istoty ze świata duchów i demonów w opowieści, gdzie świat śmiertelników przenika się z tym nadprzyrodzonym. Czy zdołali oczarować publiczność?

„Goplana” oparta jest na historii doskonale znanej w polskiej kulturze. Za kanwę libretta Żeleńskiemu posłużyła „Balladyna” Juliusza Słowackiego, tragedia w iście szekspirowskim stylu. A więc klasyka literatury. Wielcy kompozytorzy niejednokrotnie sięgali właśnie do dramatów tworząc opery. Wystarczy wspomnieć chociażby o Verdim, którego „Makbet” czy „Otello”, oparte na tragediach Szekspira, do dziś chętnie wystawiane są na najsłynniejszych scenach operowych świata. Żeleński zatem postawił sobie poprzeczkę bardzo wysoko.

Na polskiej scenie „Goplana” nie pojawiła się od ponad 50 lat. Przez cały ten okres zmieniły się nie tylko wizje reżyserskie, coraz bardziej odbiegające od klasycznych oper, z akcją ściśle osadzoną w adekwatnych, historycznych realiach. Zmieniła się też publiczność i jej oczekiwania względem opery. Janusz Wiśniewski postawił na swobodę, nie umieszcając akcji w żadnej konkretnej epoce. Na scenie widzimy więc świat kompletnie nierealistyczny, artystów w strojach z różnych epok. Wszystko osadzone w dość minimalistycznej scenografii, gdzie dominuje czerń, subtelna gra świateł, mgła symbolizująca taflę Gopła, zaklętego jeziora.

Wizualnej oprawy spektaklu, z elementami zarówno horroru jak i groteski, mógłby pozazdrościć sam Tim Burton. Wielbiciele twórczości tego reżysera, zwłaszcza jego starszych filmów „Sok z żuka” czy „Gnijąca Panna Młoda” na pewno będą pod wrażeniem.
Poza solistami, odzianymi w średniowieczne szaty, wiktoriańskie suknie, bądź zbroje w jednolitych kolorach, na scenie roi się od statystów w rozmaitych kostiumach: od Chrystusa i świętych żywcem wyjętych ze średniowiecznych fresków, po mężczyznę do złudzenia przypominającego cesarza Franciszka Józefa z galicyjskich portretów. Reżyser stworzył barwny choć ponury tłum, przebierając chórzystów w kostiumy inspirowane malarstwem m.in. Van Gogha, Fra Angelico, czy cyklem grafik „Kaprysy” Francisco Goi. Jednakże, swą ilością i częstotliwością pojawiania się na scenie odwracają oni nieco uwagę od solistów. A przecież to właśnie soliści są tu najważniejsi.

Edyta Piasecka (sopran), gwiazda nie tylko warszawskiego Teatru Wielkiego, lecz także m.in. Opery Krakowskiej, wielka diva światowych scen operowych Małgorzata Walewska (mezzosopran), Wioletta Chodowicz (sopran), obecnie najczęściej obsadzana w głównych rolach solistka Teatru Wielkiego, czy czołowy warszawski tenor Rafał Bartmiński to prawdziwe perły w obsadzie. Z artystami tej klasy spektakl nie mógł się nie udać.
Uwagę skupiają na sobie zwłaszcza demonicznie ujmująca Edyta Piasecka w roli Goplany, nieszczęśliwie zakochanej, niebezpiecznej bogini jeziora oraz zjawiskowa, dostojna Małgorzata Walewska w przejmującej kreacji matki dwóch córek o diametralnie różnych osobowościach (Wioletta Chodowicz jako Balladyna i Katarzyna Trylnik jako Alina). Historia opowiedziana na scenie została zdecydowanie zdominowana przez postacie kobiece. Panowie, choć z przyjemnością słuchało się ich partii tenorowych (Rafał Bartmiński jako Grabiec i Arnold Rutkowski jako Kirkor) i barytonowej (Mariusz Godlewski – Kostryn), działali niemal wyłącznie pod wpływem mocy silnych kobiet, jak zresztą dzieje się w dramacie Słowackiego. Całość prowadzi do tragicznego finału, w operze ukazanego z należytym, wielkim patosem.

„Goplana” urzeka mistycznym, spirytualnym klimatem. Historia z klasyki polskiej literatury pióra mistrza Juliusza Słowackiego została opowiedziana na nowo, inaczej, bardziej mrocznie i odważnie. Jako niepokojąco piękna wizualnie produkcja z muzyką, która porywa i wywołuje w sercu nostalgię za czymś odległym, z dawna tłumionym, wręcz prastarym. Libretto może wydawać się nieco archaiczne i chwilami groteskowe, ale to niuanse na które widz może, a wręcz powinien przymknąć oko, by rozkoszować się muzyką. Tym bardziej, że śpiewają jedne z najpiękniejszych polskich głosów operowych.
„Goplana” przenosi publiczność do innego wymiaru. Do baśniowego świata, gdzie działają nadprzyrodzone moce. To spektakl, którego się nie zapomina.