Gdy demony nie chcą spać. „Tramwaj zwany pożądaniem” w Teatrze Wielkim w Łodzi.

Teatr operowy otwiera drzwi do innych światów. Pozwala odwiedzić miejsca, których nie znaliśmy, przenieść się w czasie do historycznych epok, stanąć twarzą w twarz z postaciami wręcz legendarnymi. A co jeśli opera, zataczając koło, zajrzy do okien współczesnego człowieka, wwierci się w jego psychikę, wyciągnie na światło dzienne demony, które drzemią w najmroczniejszym zakamarku jego duszy?

Opera współczesna coraz częściej zmierza w tym kierunku. W kierunku teatru psychologicznego. Nie inaczej jest z „Tramwajem zwanym pożądaniem” Andre Previna.
Opera sama w sobie dość świeża, gdyż pierwsze wykonanie miało miejsce równo 20 lat temu. Amerykańska opowieść na amerykańskiej scenie, oparta na sztuce Tennessee Williamsa, którą dodatkowo rozsławił film z nagrodzoną Oscarem Vivien Leigh z 1951 roku.
Teraz, amerykański dramat zagościł na scenie Teatr Wielki w Łodzi. Wyzwania podjął się reżyser Maciej Prus. Czy polska publiczność jest gotowa na doświadczenie operowe tak odmienne od znanych jej dotychczas? Sądzę, że jak najbardziej.

Wraz z główną bohaterką, Blanche DuBois, wkraczamy w klaustrofobiczny świat ciasnego, prowizorycznie umeblowanego mieszkania w Nowym Orleanie. Minimalizm scenograficzny, inspirowany malarstwem Edwarda Hoppera, jest celowym zabiegiem – podkreśla wyrazistość osobowości bohaterów, odgrywanych przez solistów. Postaci skomplikowanych, rozdartych, niezwykle emocjonalnych i budzących niepokój. Nie wywołują oni sympatii widza, obnażają raczej ludzkie słabości, wady, cechy, które na co dzień każdy z nas stara się ukryć. Każda z głównych postaci jest zlepkiem takich właśnie, nieprzyjemnych, wręcz brudnych i odstręczających cech.

Złożoność swej bohaterki w genialny sposób ukazuje Joanna Woś. Jej Blanche miota się pomiędzy grą pozorów a utratą samokontroli. Pomiędzy wyidealizowaną krainą własnej wyobraźni a brutalną, szorstką rzeczywistością. Przemijanie, przed którym ucieka, coraz bardziej ją przytłacza. Jest kobietą desperacko trzymająca się ostatniego skrawka zdrowego rozsądku, na krawędzi rozpaczy, która niczym przepaść pogłębia się z każdą chwilą, by finalnie pochłonąć ją całkowicie, odrzeć z resztek nadziei i godności. Aktorstwo Joanny Woś, jak również śpiew – przejmujący, oddający nastrój przechodzącej kryzys bohaterki – są tu tak wiarygodne, że z pewnością wśród publiczności niejedna kobieta pomyślała wówczas „nie chciałabym skończyć jak Blanche”.

Przeciwwagą do nadwrażliwej, rozedrganej, kruchej Blanche, jest jej szwagier Stanley. Według literackiego pierwowzoru, symbolizuje on nową epokę – praktycznego człowieka pracy, kult siły, fizyczności. Blanche zaś – amerykańska „piękność z południa” (Southern belle) to spersonifikowany porządek świata, który przemija – egzaltowana arystokracja. Stanley Kowalski w wykonaniu Szymon Komasa jest żywym wcieleniem jednostki silnej, dominującej, agresywnej i brutalnej. Można zauważyć nawet swoistą zwierzęcość w jego ruchach. To bardzo atrakcyjna scenicznie postać. Jej walory podkreśla dodatkowo świetny wokal młodego śpiewaka i imponujący, amerykański akcent (którego niestety zabrakło u pozostałych wykonawców).

Napięcie pomiędzy tymi dwiema indywidualnościami jest wyczuwalne od chwili ich pierwszego spotkania. Katastrofa wisi w powietrzu gdy ścierają się ze sobą dwa tak różne światy, a każda próba sił jest coraz bardziej gwałtowna i niebezpieczna.

Oprócz dwójki bohaterów sterujących biegiem wydarzeń (a właściwie prowadzących walkę o przejęcie tego steru), mamy także tych sterowanych. Zarówno siostra Blanche, Stella Kowalsky, jak i Mitch, adorator panny DuBois, są jednostkami niesamodzielnymi.
Stella (Aleksandra Wiwała) jest niczym satelita czerpiący energię to od siostry, to znów od męża, lecz ostatecznie to jej przywiązanie do Stanleya bierze górę. Młoda śpiewaczka przekonująco wcieliła się w kobietę zastraszoną, lękliwą, ślepo oddaną mężczyźnie, usiłującą zadowolić wszystkich poza nią samą.
Niesamodzielność postaci Mitcha (Tomasz Piluchowski) jest jeszcze dobitniej wyeksponowana. Bohater, zauroczony powierzchownym obrazem Blanche, porusza się na scenie niczym kukiełka, pociągana za sznurki. Warto zapamiętać tego utalentowanego tenora, którego głos i charyzma wyróżniają się i zapadają w pamięć.

Atmosferę niepokoju potęguje muzyka. Orkiestra pod batutą Maestro Tadeusza Kozłowskiego powołała do życia dźwięki, które doskonale ilustrują dramatyzm sytuacyjny. Są równie niespokojne i pełne temperamentu jak bohaterowie. Chwilami przypomina to muzykę filmową, nie jest ona jednak tłem do wydarzeń, lecz trybikiem wprawiającym machinę akcji w ruch. Nawiązuje także do kultury Nowego Orleanu, w którym rozgrywa się cała historia – świadczą o tym powtarzające się co jakiś czas, lekko jazzujące dźwięki trąbki.

Jestem pod wrażeniem dokładności z jaką libretto oddaje treść dramatu Tennessee Williamsa. Zadbano nawet o takie szczegóły, jak treść cytatu z sonetu Elizabeth Barrett Browning, wygrawerowana na papierośnicy Mitcha. Wyśpiewane są niemal wszystkie dialogi, dzięki czemu można podziwiać pełny, operowy obraz sztuki teatralnej, a nie tylko wariację na temat. Choć osobiście zabrakło mi słynnego „Tigress, tigress!” (tygrysica), wykrzykiwanego przez Stanley’a do Blanche, gdy ta bezskutecznie usiłuje się przed nim bronić.

Dbałość o szczegóły widoczna jest także w kostiumach. Kolorystyka jest symboliczna, zwłaszcza gdy Blanche zakłada białą suknię, na inną – czarną, jakby chciała zamaskować i uśpić swoje demony. Podobnie jest z krzykliwie czerwoną piżamą, w którą przebiera się Stanley, podkreślający w ten sposób swój agresywny temperament.

Mawia się, że brzydka prawda lepsza jest od najpiękniejszego fałszu. „Tramwaj zwany pożądaniem” w reżyserii Macieja Prusa zdaje się opiewać to stwierdzenie. Jest dramatyczną historią bohaterki uciekającej w świat iluzji, którą ściga destrukcyjna rzeczywistość, osacza, chwyta za gardło i doprowadza do obłędu. To boleśnie realistyczny obraz kobiety w zaawansowanej depresji. Kobiety niezdolnej do przezwyciężenia jej własnych demonów. Widz przeżywa wszystkie stany wraz z nią, dzięki muzyce, potężnej dawce emocji w śpiewie i grze aktorskiej, by ostatecznie uświadomić sobie, że podobnie jak Blanche, jesteśmy sami, nierozumiani, opuszczeni i poddani ostracyzmowi.
Teatr operowy, wyzwalający tak silne emocje i wpychający widza w mroczną otchłań, jest wart przeżywania i doświadczania. Byśmy mogli spojrzeć na siebie i innych z odmiennej perspektywy, uświadomić sobie grozę naszych lęków i słabości.

 

04
Beata Fischer wraz z obsadą i twórcami spektaklu
06
Beata Fischer i Tadeusz Kozłowski
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s