Arcydzieło Moniuszki ku czci Niepodległej. „Straszny Dwór” w Teatrze Wielkim w Łodzi.

„Ani jeden wystrzał bezcelowy nie szpeci jego muzyki płynnej i śpiewnej, potężnej wyrazem jedności i natchnienia. On nas zajmuje muzyką tej poezyji polskiej, którą cenimy najbardziej z powodu charakterystyki wręcz narodowej, oryginalnej, żadną nieoszpeconej przemieszką pierwiastków obcych.” Tak o twórczości Stanisława Moniuszki pisał Bolesław Wilczyński, autor biografii kompozytora wydanej w 1900 roku. Jeszcze zanim Polska odzyskała niepodległość…

Biograf kompozytora zapewne nie przypuszczał w owym czasie, iż 118 lat pózniej Polska nie tylko będzie obchodziła setną rocznicę odzyskania niepodległości, ale także będzie ją hucznie celebrować na deskach teatrów operowych, wystawiając opery mistrza. I czyż może być piękniejszy i bardziej wartościowy sposób spędzenia chłodnego, listopadowego wieczoru najważniejszego z polskich narodowych świąt, niż podziwiając najkunsztowniejsze arcydzieło Moniuszki, „Straszny dwór”? W czasach wszechobecnego pędu ku nowoczesności, zdominowanych przez technologię, multimedia, szalone tempo życia, coraz rzadziej mamy okazję dotknąć historii. Zobaczyć ją i usłyszeć w jej pierwotnej formie, bez spłycania, przeinaczania, parodiowania. Na szczęście, Teatr Wielki w Łodzi postawił na tradycyjną inscenizację – wznowienie nagrodzonego Złotą Maską spektaklu „Strasznego dworu” w reżyserii Krystyny Jandy (premiera: 18 pazdziernika 2014).

Powstanie styczniowe było bezpośrednim czynnikiem, który zainspirował kompozytora do napisania „Strasznego dworu”. Pracę nad partyturą do libretta Jana Chęcińskiego Moniuszko rozpoczął już w 1863 roku, jednak dopiero dwa lata pózniej, po zakończeniu powstania, otrzymał zgodę na wystawienie opery. Premiera odbyła się w 1865 roku w Warszawie. I choć cała historia według oryginalnej koncepcji ma miejsce w połowie XVIII wieku, inscenizacja Krystyny Jandy nawiązuje zdecydowanie bardziej do realiów tuż po zakończeniu powstania, niż do czasów saskich.

Zgadza się pora roku – zima, czas tzw. Sylwestra, pożegnanie przeszłości i rozpoczęcie kolejnego rozdziału na kartach życia i historii. Spowity mgłą jak we śnie, nostalgiczny polski pejzaż zimowy, który tu i ówdzie dyskretnie urozmaicają zarysy bezlistnych drzew. Śnieżna szata, lecz nie siarczysty mróz. I „cichy domek”, przytulny dwór szlachecki w małej, spokojnej, oddalonej od zgiełku wiosce. W tej scenerii rozgrywa się pierwszy akt, gdy przyodziani w szare mundury Stefan i Zbigniew wraz z towarzyszami broni powracają z wojny. Czy raczej, no właśnie, z powstania styczniowego?
Z powstaniem mogą kojarzyć się także kostiumy głównych postaci żeńskich – sióstr Hanny i Jadwigi. Ich stroje są niemal identyczne jak czarna suknia niewiasty z obrazu Artura Grottgera „Pożegnanie powstańca” (1866). Projektantka Dorota Roqueplo zdecydowała się na stonowaną i dość smutną kolorystykę większości kostiumów. Dominuje czerń, biel, brąz i szarość, na tle których wyróżnia się jedynie pełna przepychu, kobaltowa, aksamitna suknia Cześnikowej, przesadnie kolorowy niemiecki fraczek Damazego oraz kontusz Miecznika. Dopiero w finale czwartego aktu, gdy pojawia się balet tańczący mazura, na scenę wkraczają intensywne, żywe kolory – czerwone, niebieskie, zielone i żółte kontusze szlacheckie. Co prezentuje się bardzo widowiskowo, gdy wirują w rytm skocznego tańca.

Wśród obsady nie ma słabszych punktów. Soliści Teatru Wielkiego w Łodzi stanowią zgrany zespół na scenie i poza nią. I taką aktorską lekkość i naturalność, jaką zaprezentowali, nie sposób osiągnąć artystom, którzy wzajemnie dobrze się nie znają i nie pozostają w przyjacielskich relacjach.
Z nieschodzącym z twarzy uśmiechem obserwowałam, jak dobrze bawiły się obie siostry, Hanna i Jadwiga, oraz smalący do nich cholewki Damazy. Hanna w interpretacji Patrycji Krzeszowskiej jest wesoła jak skowronek i tak też zaśpiewana – z młodzieńczą energią, sopranem o krystalicznej barwie. Doskonale oddaje żywiołowy temperament odważnej, nie bojącej się ryzyka, młodszej z sióstr. Starsza, Jadwiga, jest nieco bardziej poważna, statyczna, zamyślona. Agnieszka Makówka zaśpiewała dumkę ze wzruszającą nostalgią, w przepięknej scenie tańczących wokół niej służek z długimi, białymi obrusami. Jej postać wyglądała niczym żywcem wyjęta z wyżej wspomnianego obrazu Artura Grottgera.
Z ulgą przekonałam się, iż Damazy w łódzkiej inscenizacji nie jest jedynie budzącym politowanie, karykaturalnym fajtłapą (z czym mamy do czynienia chociażby w Operze Krakowskiej). Reżyseria bardziej uwypukliła złożoność jego charakteru, podstępną nutę motywującą jego uczynki, zazdrosne „fochy”, czy finalne tchórzostwo. Tenor Krzysztof Marciniak mógł w tej kreacji zrobić użytek ze swojego wielkiego poczucia humoru i zdecydowanie okazał się najzabawniejszą z postaci w całej rozgrywającej się na scenie komedii. Do czego nie byłby mu nawet potrzebny groteskowy makijaż.
Bawi również, i jednocześnie zachwyca, Cześnikowa w interpretacji Bernadetty Grabias. Jej szlachetny mezzosopran to uczta dla ucha, a swoista królewskość każdego gestu, w połączeniu z zachwycającą urodą solistki, właśnie na jej osobie skupiają całą uwagę w scenach zbiorowych. Choć przecież Cześnikowa, intrygantka i manipulantka, nie należy do przyjemnych postaci. Wielkie brawa dla solistki za tak wyrazistą kreację oraz dla reżyserki, rezygnującej z wizerunku Cześnikowej jako irytującej, starej ciotki.
Skołuba w wykonaniu Grzegorza Szostaka ma pazur, bardzo pożądany u tego bohatera. Solista doskonale wypada w partiach czarnych charakterów, barwa jego głosu odznacza się nieco demonicznym brzmieniem, od którego ciarki przechodzą, co idealnie sprawdziło się w jego interpretacji słynnej arii „Ten zegar stary”. I choć słyszałam mnóstwo basów, jak Polska długa i szeroka, mierzących się z arią Skołuby, od konkursów wokalnych, poprzez recitale, na spektaklach skończywszy, żaden nie wprowadził publiczności w atmosferę autentycznej grozy, jak zrobił to właśnie Grzegorz Szostak.
Jednak wzbudzającym najwięcej emocji bohaterem wieczoru jest Stefan w wykonaniu Pawła Skałuby. Tenor wprost olśniewa głosem i wzrusza do łez w przepięknej „Arii z kurantem”, którą Bolesław Wilczyński określa mianem tragi-lirycznej. W tej scenie monologu, pod osłoną nocy bohater daje dojść do głosu tłumionym emocjom. Zachwyt, jaki wzbudziła w nim Hanna, napawa go lękiem przed złamaniem ślubów kawalerskich. Odżywają w nim dawne wspomnienia z bezpowrotnie utraconego, sielskiego dzieciństwa. To genialny operowy portret psychologiczny młodego idealisty. Dzięki kreacji Pawła Skałuby, Stefan, archetyp bohatera romantycznego, wychodzi z kart literatury do realnego świata jako postać z krwi i kości, w której każdy z nas odnajdzie cząstkę siebie.

Orkiestrę Teatru Wielkiego w Łodzi poprowadził Tadeusz Kozłowski, jeden z największych polskich wirtuozów dyrygentury. Muzyka pod batutą mistrza płynie w idealnym tempie, nigdzie nie goni, pozwalając rozkoszować się pięknem melodii poloneza Miecznika, mazura z czwartego aktu, każdej z arii, czy wyśmienitych partii chóru. Ponieważ kompozycje Moniuszki lśnią najpełniejszym blaskiem właśnie wtedy, gdy pieczę nad orkiestrą sprawuje tak doświadczony dyrygent. Za każdym razem gdy Tadeusz Kozłowski staje za pulpitem, jest to z ogromną korzyścią dla Teatru Wielkiego w Łodzi.

Nie ulega wątpliwości, iż w operze najważniejsza jest muzyka. I to właśnie ona jest główną bohaterką „Strasznego dworu” w inscenizacji Krystyny Jandy. Nie przytłacza jej monumentalna scenografia, nadmiar statystów na scenie nie spycha jej na dalszy plan, reżyseria nie odbiera jej funkcji narratora. Wszystko jest tam, gdzie być powinno. Żaden z elementów scenograficznych czy kostiumologicznych nie rodzi pytania „dlaczego?” I mimo całej harmonii i ładu, na scenie w żadnym wypadku nie wieje nudą. Warto spędzić wieczór z tą mniej powszechną, szlachetniejszą odmianą patriotyzmu w operowym wydaniu. Widz otrzymuje piękny, muzyczny obraz polskiej historii, z hucznym, optymistycznym finałem.

Życzyłabym sobie i moim rodakom, by z takim samym optymizmem patrzyli w przyszłość własną i Ojczyzny w tę szczególną rocznicę stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości. By dodawała nam skrzydeł muzyka Moniuszki, naszego kompozytora narodowego, najwybitniejszego twórcy polskiej opery. Która dzięki takim spektaklom jak „Straszny dwór” Teatru Wielkiego w Łodzi przetrwa każdą historyczną burzę.

Spektakl odbył się 10 listopada 2018 roku.

 

Artur_Grottger_Pozegnanie_powstanca
Artur Grottger, „Pożegnanie powstańca” (1866). Muzeum Narodowe w Krakowie
Reklamy

Tajemnice zamkniętych drzwi. „Rigoletto” w Teatrze Wielkim w Łodzi

To już tradycja w polskich teatrach operowych: jeśli zakończenie sezonu artystycznego, to premiera. Jeśli premiera, to operowy hit.

Takim hitem jest niewątpliwie „Rigoletto” Verdiego, jedna z najczęściej wystawianych włoskich oper. I właśnie na „Rigoletta” postawił Teatr Wielki w Łodzi. Trzyaktowy melodramat, obfitujący w znane arie i duety, z mistrzowskim kwartetem. O fabule tyleż intrygującej, co problematycznej. Opiewający osadzoną w epoce renesansu historię z iście szekspirowskim, tragicznym finałem. Za pulpitem stanął prawdziwy mistrz dyrygentury, Maestro Tadeusz Kozłowski, zaś realizacji podjął się doświadczony włoski reżyser, Paolo Bosisio. Czy ich współpraca na łódzkiej scenie faktycznie okazała się hitem?

Spektakl w reżyserii Paolo Bosisio można podsumować jednym słowem: sztampowy. I w żadnym wypadku nie jest to określenie negatywne! W czasach gdy na scenach operowych dominują wybujałe fantazje reżyserskie, mające coraz mniej wspólnego z librettem, przesycone odniesieniami do popkultury, kopiowaniem pomysłów z innych inscenizacji, wariacjami na temat pierwowzoru, gdy na siłę przeinaczana jest treść dzieła operowego i jej znaczenie, „sztampa”, zachowawczość i konwencja okazują się być przyjemną odmianą.

A zatem, mamy włoski renesans, solistów i chór w strojach z epoki, bez (co zdarza się w wielu inscenizacjach) elementów ewidentnie współczesnych. Kostiumy zaprojektowane przez Zuzannę Markiewicz urzekają przepychem i bogactwem detali. Artyści wyglądają w nich niczym postaci, które właśnie wyszły z ram obrazów pędzla Hansa Holbeina, Bartolomeo Veneto czy Jana Vermeera.

Scenografia prezentuje się zdecydowanie bardziej oszczędnie. Kto oczekiwał bogato umeblowanych salonów czy też osnutego mrokiem nocy brzegu rzeki, mógł się nieco rozczarować. Na scenie widzimy bowiem jedynie umowny zarys książęcego dworu, domu tytułowego bohatera, czy gospody, w której rozgrywa się tragiczny finał. Ma to swoje zalety, gdyż tło nie odwraca uwagi od solistów, a to właśnie oni są w spektaklu operowym najważniejsi. To światła nadają ton każdej scenie, podkreślają nastrój: uroczysty, zmysłowy, nastrój grozy, etc. Uplastyczniają dramaty rozgrywające się za zamkniętymi drzwiami.

Każde drzwi kryją inną tajemnicę. Pałacowe: rozwiązłość księcia. Domu Rigoletta: chowaną pod kloszem córkę. Gospody: plan morderstwa. Każda z tych tajemnic zostaje w jakiś sposób zakłócona, wydobyta, czy wręcz odarta ze strefy komfortu. A wiarygodność zwrotów akcji zależy w dużej mierze od umiejętności aktorskich zaprezentowanych przez solistów.

Ich kunszt wokalny nie podlega wątpliwości. Andrzej Dobber w partii tytułowego Rigoletta udowodnił, że potrafi stanąć na wysokości zadania mimo uprzednio ogłoszonej informacji o chorobie. Partnerująca mu Edyta Piasecka w partii Gildy to doświadczona artystka o dużej wrażliwości i świadomości scenicznej. Zaśpiewała z wielką wirtuozerią, lekkością i bez zbędnego wysiłku.

Zresztą, partnerstwo wydaje się być odpowiednim określeniem relacji ojciec-córka w wykonaniu Piaseckiej i Dobbera. Choć Rigoletto nadal widzi w swej jedynej, trzymanej w ukryciu córce małą dziewczynkę, Gilda ową dziewczynką już nie jest. Budzą się w niej pierwsze kobiece tęsknoty i pragnienia. Dojrzewa emocjonalnie po doświadczonej w drugim akcie traumie, lecz do końca pozostaje idealistką. Mimo zadanego jej cierpienia, na pierwszym miejscu stawia miłość i przebaczenie. Jest też niezwykle odważna, decydując, by w imię miłości poświęcić życie. Edycie Piaseckiej udało się pokazać te wszystkie emocje, udowadniając, że młoda i delikatna Gilda nie była jedynie bezwolnym narzędziem w rękach mężczyzn.

Andrzej Dobber bardzo zręcznie przeistaczał się to w cynicznego, zgorzkniałego przez własne kalectwo człowieka, to znów w nadopiekuńczego, troskliwego ojca – gdyż jak wiadomo, żyjący w nieustannym fałszu Rigoletto ma dwie twarze. Myślę, że właśnie na tym polega tragizm tej postaci: ciągłe desperackie ukrywanie swoich dwóch ról życiowych – błazeńskiej przed córką i ojcowskiej przed dworem. Andrzej Dobber wcielił się w bohatera, któremu towarzyszą emocje wynikające z ludzkich słabości: zakłamanie, chęć zemsty, niska samoocena, czarnowidztwo. A zatem Rigoletto, który na ogół budzi raczej współczucie publiczności, nie należy do przyjemnych postaci. I to właśnie złożoność charakteru czyni go atrakcyjnym.

Złożony nie jest za to charakter Księcia Mantui (w tej partii koreański tenor Marco Kim), w którego sidła wpada wiedziona naiwnym uczuciem Gilda. Hedonista i libertyn, udaje ubogiego studenta by pozyskać względy dziewczyny. Traktuje ją jednak – podobnie jak wszystkie kobiety w jego życiu – instrumentalnie. Z psychologicznego punktu widzenia jest to wyjątkowo paskudna postać, dlatego też jego słynne tenorowe arie „Questa o quella” czy „La Donna e Mobile” wymagają nie lada finezji, by Książę stał się choć w pewnym stopniu czarujący. Tenor Marco Kim obdarzony jest piękną barwą głosu, można zatem uznać, iż sprostał zadaniu. Choć zabrakło mi w jego spojrzeniu blasku ujmującego drania.

Na uwagę zasługuje także pojawiająca się w trzecim akcie Agnieszka Makówka jako Maddalena. Jest uwodzicielska i zmysłowa w śpiewie i w gestach. Kreuje bohaterkę pozornie niedostępną, lecz podatną na męskie wdzięki. Nieobce jest jej współczucie dla przyszłej ofiary jej brata, płatnego mordercy i nie waha się mu sprzeciwić. To bardzo interesująca postać wyzwolonej kobiety.

Wspaniałym dopełnieniem muzycznej całości jest orkiestra. Dzięki dyrygenckiej wirtuozerii Maestro Tadeusza Kozłowskiego, wszystkie emocje towarzyszące muzyce Verdiego są żywe i niemal namacalne, sprawiając, że widz znajduje się w samym środku, wchłonięty przez nastrój każdej ze scen, a nie obok nich. Przyjemnie słucha się także chóru męskiego Teatru Wielkiego w Łodzi.

Powrót klasyki na operową scenę – muzycznie i wizualnie – to największe atuty „Rigoletto” w reżyserii Paolo Bosisio. To spektakl poprawny reżysersko, z kilkoma bardzo ciekawymi zabiegami scenicznymi (np. scena rozgrywająca się podczas uwertury) i generalnie przyjemny w odbiorze. Choć przecież obrazuje tak trudne i bolesne aspekty bliskich relacji międzyludzkich. Przedstawia pesymistyczną wizję świata, gdzie los śmieje się w twarz każdemu, kto chce przejąć nad nim kontrolę. Świata, w którym nie ma miejsca dla szlachetnych i wrażliwych idealistów, a zło zwycięża. Lecz nawet zło i fałsz budzą zachwyt, gdy przyobleką się w renesansowe krezy i piękną muzykę Verdiego.

 

26

28
Beata Fischer z obsadą i twórcami spektaklu
30
Beata Fischer i dyrygent Tadeusz Kozłowski
17
Beata Fischer i Edyta Piasecka (Gilda)

Gdy demony nie chcą spać. „Tramwaj zwany pożądaniem” w Teatrze Wielkim w Łodzi.

Teatr operowy otwiera drzwi do innych światów. Pozwala odwiedzić miejsca, których nie znaliśmy, przenieść się w czasie do historycznych epok, stanąć twarzą w twarz z postaciami wręcz legendarnymi. A co jeśli opera, zataczając koło, zajrzy do okien współczesnego człowieka, wwierci się w jego psychikę, wyciągnie na światło dzienne demony, które drzemią w najmroczniejszym zakamarku jego duszy?

Opera współczesna coraz częściej zmierza w tym kierunku. W kierunku teatru psychologicznego. Nie inaczej jest z „Tramwajem zwanym pożądaniem” Andre Previna.
Opera sama w sobie dość świeża, gdyż pierwsze wykonanie miało miejsce równo 20 lat temu. Amerykańska opowieść na amerykańskiej scenie, oparta na sztuce Tennessee Williamsa, którą dodatkowo rozsławił film z nagrodzoną Oscarem Vivien Leigh z 1951 roku.
Teraz, amerykański dramat zagościł na scenie Teatr Wielki w Łodzi. Wyzwania podjął się reżyser Maciej Prus. Czy polska publiczność jest gotowa na doświadczenie operowe tak odmienne od znanych jej dotychczas? Sądzę, że jak najbardziej.

Wraz z główną bohaterką, Blanche DuBois, wkraczamy w klaustrofobiczny świat ciasnego, prowizorycznie umeblowanego mieszkania w Nowym Orleanie. Minimalizm scenograficzny, inspirowany malarstwem Edwarda Hoppera, jest celowym zabiegiem – podkreśla wyrazistość osobowości bohaterów, odgrywanych przez solistów. Postaci skomplikowanych, rozdartych, niezwykle emocjonalnych i budzących niepokój. Nie wywołują oni sympatii widza, obnażają raczej ludzkie słabości, wady, cechy, które na co dzień każdy z nas stara się ukryć. Każda z głównych postaci jest zlepkiem takich właśnie, nieprzyjemnych, wręcz brudnych i odstręczających cech.

Złożoność swej bohaterki w genialny sposób ukazuje Joanna Woś. Jej Blanche miota się pomiędzy grą pozorów a utratą samokontroli. Pomiędzy wyidealizowaną krainą własnej wyobraźni a brutalną, szorstką rzeczywistością. Przemijanie, przed którym ucieka, coraz bardziej ją przytłacza. Jest kobietą desperacko trzymająca się ostatniego skrawka zdrowego rozsądku, na krawędzi rozpaczy, która niczym przepaść pogłębia się z każdą chwilą, by finalnie pochłonąć ją całkowicie, odrzeć z resztek nadziei i godności. Aktorstwo Joanny Woś, jak również śpiew – przejmujący, oddający nastrój przechodzącej kryzys bohaterki – są tu tak wiarygodne, że z pewnością wśród publiczności niejedna kobieta pomyślała wówczas „nie chciałabym skończyć jak Blanche”.

Przeciwwagą do nadwrażliwej, rozedrganej, kruchej Blanche, jest jej szwagier Stanley. Według literackiego pierwowzoru, symbolizuje on nową epokę – praktycznego człowieka pracy, kult siły, fizyczności. Blanche zaś – amerykańska „piękność z południa” (Southern belle) to spersonifikowany porządek świata, który przemija – egzaltowana arystokracja. Stanley Kowalski w wykonaniu Szymon Komasa jest żywym wcieleniem jednostki silnej, dominującej, agresywnej i brutalnej. Można zauważyć nawet swoistą zwierzęcość w jego ruchach. To bardzo atrakcyjna scenicznie postać. Jej walory podkreśla dodatkowo świetny wokal młodego śpiewaka i imponujący, amerykański akcent (którego niestety zabrakło u pozostałych wykonawców).

Napięcie pomiędzy tymi dwiema indywidualnościami jest wyczuwalne od chwili ich pierwszego spotkania. Katastrofa wisi w powietrzu gdy ścierają się ze sobą dwa tak różne światy, a każda próba sił jest coraz bardziej gwałtowna i niebezpieczna.

Oprócz dwójki bohaterów sterujących biegiem wydarzeń (a właściwie prowadzących walkę o przejęcie tego steru), mamy także tych sterowanych. Zarówno siostra Blanche, Stella Kowalsky, jak i Mitch, adorator panny DuBois, są jednostkami niesamodzielnymi.
Stella (Aleksandra Wiwała) jest niczym satelita czerpiący energię to od siostry, to znów od męża, lecz ostatecznie to jej przywiązanie do Stanleya bierze górę. Młoda śpiewaczka przekonująco wcieliła się w kobietę zastraszoną, lękliwą, ślepo oddaną mężczyźnie, usiłującą zadowolić wszystkich poza nią samą.
Niesamodzielność postaci Mitcha (Tomasz Piluchowski) jest jeszcze dobitniej wyeksponowana. Bohater, zauroczony powierzchownym obrazem Blanche, porusza się na scenie niczym kukiełka, pociągana za sznurki. Warto zapamiętać tego utalentowanego tenora, którego głos i charyzma wyróżniają się i zapadają w pamięć.

Atmosferę niepokoju potęguje muzyka. Orkiestra pod batutą Maestro Tadeusza Kozłowskiego powołała do życia dźwięki, które doskonale ilustrują dramatyzm sytuacyjny. Są równie niespokojne i pełne temperamentu jak bohaterowie. Chwilami przypomina to muzykę filmową, nie jest ona jednak tłem do wydarzeń, lecz trybikiem wprawiającym machinę akcji w ruch. Nawiązuje także do kultury Nowego Orleanu, w którym rozgrywa się cała historia – świadczą o tym powtarzające się co jakiś czas, lekko jazzujące dźwięki trąbki.

Jestem pod wrażeniem dokładności z jaką libretto oddaje treść dramatu Tennessee Williamsa. Zadbano nawet o takie szczegóły, jak treść cytatu z sonetu Elizabeth Barrett Browning, wygrawerowana na papierośnicy Mitcha. Wyśpiewane są niemal wszystkie dialogi, dzięki czemu można podziwiać pełny, operowy obraz sztuki teatralnej, a nie tylko wariację na temat. Choć osobiście zabrakło mi słynnego „Tigress, tigress!” (tygrysica), wykrzykiwanego przez Stanley’a do Blanche, gdy ta bezskutecznie usiłuje się przed nim bronić.

Dbałość o szczegóły widoczna jest także w kostiumach. Kolorystyka jest symboliczna, zwłaszcza gdy Blanche zakłada białą suknię, na inną – czarną, jakby chciała zamaskować i uśpić swoje demony. Podobnie jest z krzykliwie czerwoną piżamą, w którą przebiera się Stanley, podkreślający w ten sposób swój agresywny temperament.

Mawia się, że brzydka prawda lepsza jest od najpiękniejszego fałszu. „Tramwaj zwany pożądaniem” w reżyserii Macieja Prusa zdaje się opiewać to stwierdzenie. Jest dramatyczną historią bohaterki uciekającej w świat iluzji, którą ściga destrukcyjna rzeczywistość, osacza, chwyta za gardło i doprowadza do obłędu. To boleśnie realistyczny obraz kobiety w zaawansowanej depresji. Kobiety niezdolnej do przezwyciężenia jej własnych demonów. Widz przeżywa wszystkie stany wraz z nią, dzięki muzyce, potężnej dawce emocji w śpiewie i grze aktorskiej, by ostatecznie uświadomić sobie, że podobnie jak Blanche, jesteśmy sami, nierozumiani, opuszczeni i poddani ostracyzmowi.
Teatr operowy, wyzwalający tak silne emocje i wpychający widza w mroczną otchłań, jest wart przeżywania i doświadczania. Byśmy mogli spojrzeć na siebie i innych z odmiennej perspektywy, uświadomić sobie grozę naszych lęków i słabości.

 

04
Beata Fischer wraz z obsadą i twórcami spektaklu
06
Beata Fischer i Tadeusz Kozłowski

Miłość z wielkim konfliktem w tle. „Aida” w Teatrze Wielkim w Łodzi.

O łódzkiej inscenizacji „Aidy” można opowiedzieć w jednym słowie: spektakularna. Jednakże, to zdecydowanie zbyt duży skrót. „Aida” w reżyserii Marka Weissa-Grzesińskiego, zasługuje na znacznie więcej.

Powiem szczerze i otwarcie: nie lubię oper przeniesionych do czasów współczesnych. Po to chodzę do teatrów operowych, by zobaczyć na scenie coś więcej, niż realia otaczającej mnie codzienności. By oderwać się od „tu i teraz”. Łódzka „Aida” takie wrażenia wręcz gwarantuje.

Sam spektakl rozpoczyna się dość dziwnie. Bohaterowie, ubrani niczym żywcem wyjęci z „Ziemi obiecanej” prowadzą dialog na tle ogromnej, masywnej, żelaznej ściany. I tylko strój postaci Aidy świadczy o tym, że będziemy mieli do czynienia z historią rozegraną w Egipcie. Jedną z krążących hipotez jest taka, iż Radames, Amneris, etc. zwiedzają muzeum historii starożytnej, na wzór londyńskiego British Museum i zostają wciągnięci do świata eksponatów, który zaczyna żyć własnym życiem. Czy jest to przekonujący zabieg reżyserski? Dla mnie osobiście, nie do końca. Jednak talenty aktorskie i wokalne artystów, jak również przepiękne, bogato zdobione kostiumy, dość skutecznie odwracają uwagę od tego przedziwnego i nie do końca uzasadnionego przeskoku w czasie.

Dalej mamy już do czynienia ze scenerią typowo egipską. Monumentalne świątynie, wielkie posągi faraonów, pełne przepychu, pałacowe komnaty. Pojawia się nawet słoń naturalnej wielkości, na szczęście sztuczny. Widz może odnieść wrażenie, że ogląda hollywoodzką superprodukcję.
Co jeszcze bardziej uwiarygodnia muzyka – Verdi skomponował operę tak, by w każdej scenie dało się odczuć atmosferę patosu, wyjątkowości, majestatyczny zachwyt połączony ze wzruszeniem. Wzruszenia i porywy serca potęgowała orkiestra, poprowadzona przez Maestro Tadeusz Kozłowski , prawdziwego mistrza batuty w polskim środowisku operowym. Sam Verdi z pewnością przyznałby mi rację, że nikt nie potrafi tchnąć życia w jego muzykę tak jak właśnie Maestro Kozłowski.

Wzrusza też niewątpliwie główny wątek, miłosny trójkąt – dwie pełne pasji i wrażliwości kobiety, diametralnie odmienne osobowości, a jednak równie płomiennie zakochane w tym samym mężczyźnie. Obie bez reszty mu oddane, gotowe na najbardziej desperacki krok by wygrać jego miłość. W tych partiach świetne aktorsko i głosowo Monika Cichocka jako niewolnica Aida i Agnieszka Makówka jako Amneris, córka faraona. Niezwykle naturalnie wypada zwłaszcza Monika Cichocka, która potrafi połączyć piękny śpiew z rzadką dziś wśród śpiewaków umiejętnością ukazywania emocji za pomocą spojrzeń, mimiki, gestów, w bardzo wyważonych proporcjach i bez nadmiernej ekspresji, tak częstej dziś na scenach operowych i musicalowych. Amneris Agnieszki Makówki natomiast, jest bardzo władcza, impulsywna, chwilami bezwzględna i wręcz przytłaczająca swą osobowością. Jednak pod tą warstwą kryje się nadwrażliwa kobieta, która nie panuje nad własnymi emocjami.
Nieco gorzej wypada obiekt westchnień obu bohaterek – Luis Chapa w partii Radamesa, szlachetnego wojownika idealisty. Jest to tenor obdarzony pięknym, słonecznym głosem, o niemałym talencie aktorskim, jednak tym razem czegoś mi w jego wykonaniu zabrakło. Być może winę za ten stan rzeczy ponosi deficyt prób przed spektaklem i napięty grafik śpiewaka.
Na uwagę zasługują natomiast wykonawcy mniejszych partii, Patryk Rymanowski jako Faraon oraz Robert Ulatowski w partii arcykapłana Ramfisa. Obu panów słuchało się i oglądało z przyjemnością.

W tle historii miłosnej rozgrywa się wielki konflikt zbrojny Egiptu z Etiopią, ojczyzną tytułowej bohaterki. To właśnie ów konflikt staje się punktem odniesienia, który pokieruje losem trojga kochanków. Sytuacja Aidy zmienia się diametralnie gdy do niewoli egipskiej trafia jej ojciec. Od tamtej chwili każda decyzja, jaką podejmie, będzie dla niej zgubna.
Choć ostatecznie to sama Aida decyduje o swoim losie – po pojmaniu Radamesa i oskarżeniu go o zdradę przez władze Egiptu, zamiast ratować się ucieczką, bohaterka wybiera miłość. I tym samym, smierć. Postanawia zakończyć życie u boku skazanego, żywcem pogrzebanego ukochanego. Wspólnie śpiewają ostatnią arię w zamkniętym ciemnym, grobowcu, który w łódzkiej inscenizacji przypomina salę opustoszałego, starego muzeum, wypełnioną mrokiem, za szeregiem zmatowiałych szyb. Smierć w miłosnym uścisku – czy może istnieć piękniejsza? Niczym dwoje zmumifikowanych kochanków w Pompejach, na zawsze połączonych we wspólnej agonii.

To słodko-gorzkie zakończenie „Aidy” za każdym razem nasuwa refleksję, czy tak bezgraniczna miłość, gdy jedno nie może żyć bez drugiego, i to dosłownie, jeszcze istnieje, czy już jedynie na kartach historii, wybitnych dzieł literatury i w baśniowych opowieściach. Oraz w epickich filmach, który niewątpliwie przypomina łódzka „Aida”. Czy umieranie z miłości i dla miłości to już tylko archaiczna hiperbola, uczucie, z którym wśród współczesnych zawirowań utożsamiać się po prostu nie da? Czy miłość jest tylko dodatkiem, tłem do innych ważniejszych spraw i wydarzeń w naszym życiu, a nie siłą sprawczą, od której wszystko zależy? Czy współczesna Aida, postawiona przed wyborem: wolność i życie w samotności vs. miłość i smierć, nadal wybrałaby tak samo?

Spektakl odbył się 25 kwietnia 2018 roku.

Walc wiedeński z Tuwimem. „Zemsta Nietoperza” w Teatrze Wielkim w Łodzi.

Zemsta najlepiej smakuje na zimno. Z takiego założenia wychodzi też większość reżyserów operowych w Polsce, bowiem spektakl „Zemsta Nietoperza” Straussa wraca na sceny najczęściej właśnie w okresie zimowym. Nie inaczej było z łódzką premierą.
Nowa produkcja Teatru Wielkiego jest urzekająco, a wręcz rozkosznie piękna. Zadbano o każdy szczegół – kostiumów, scenografii, oświetlenia. Wszystko w stonowanej, nienachalnej kolorystyce pasuje do siebie wprost idealnie. Tworzy spójną całość. Tak powinno też być z artystami na scenie, o co zadbał reżyser i choreograf w jednym, Giorgio Madia. Tutaj nic nie dzieje się bez przyczyny, ruch sceniczny to ciągły pokaz idealnie zgranych ze sobą, teatralnych gestów. Zatem poza pięknym operetkowym śpiewem, można podziwiać także aktorstwo, które zdecydowanie różni się od tego w pozostałych współcześnie wyreżyserowanych operetkach. Jest to bardziej ukłon w stronę przedwojennej konwencji, w stronę Tuwima – autora tłumaczenia libretta – i jego czasów. 


Ogromnym plusem jest pantomimiczny prolog, który odbywa się na scenie podczas uwertury. Pozwala lepiej zrozumieć całą intrygę, mającą miejsce w kolejnych aktach. Jest to przezabawna, miła dla oka, rozrywkowa scena dostarczająca wiele radości.


Prawdziwą zaletą jest także obsada. Joanna Woś jako Rozalinda i Tomasz Rak jako Einsenstein wykreowali pełną sprzeczności parę. Wspaniale prezentowała się i brzmiała Joanna Moskowicz w partii Adeli, Grzegorz Szostak jako dyrektor więzienia zachwycił chyba najlepszym tamtego wieczoru aktorstwem i dowcipem. Zaś orkiestra spisała się doskonale, choć pod batutą takiego Mistrza jak Tadeusz Kozłowski nie mogło być inaczej. 


Całość jest urocza, przyjemnie się słucha, jeszcze przyjemniej ogląda. Jest atmosfera Wiednia, niewymuszony przepych, elegancja i szyk. Łódzka „Zemsta…” na pewno nieco podbudowała moją opinię o operetkach, z którymi próbowano robić już chyba wszystko i coraz rzadziej z pozytywnym skutkiem. Choć nadal preferuję śpiew – czyli to, co solistom wychodzi najlepiej, od dialogów.

„Człowiek z Manufaktury” w Teatrze Wielkim w Łodzi. Fotorelacja.

We wrześniu 2017 roku miało miejsce koncertowe wykonanie pierwszego aktu opery o najsłynniejszej postaci w historii Łodzi – fabrykancie Izraelu Poznańskim. Z udziałem solistów, chóru i orkiestry Teatru Wielkiego w Łodzi oraz gości specjalnych: Małgorzata Walewska i Wojciecha Pszoniaka.


Publiczność miała okazję usłyszeć dwie kompozycje: Katarzyny Brochockiej i Rafała Janiaka. Na drodze głosowania wyłoniono zwycięzcę. Jury pod przewodnictwem Krzysztofa Pendereckiego wybrało kompozycję autorstwa Rafała Janiaka.

Premiera w 2019 roku.

02.JPG
Beata Fischer i Stanisław Kierner (baryton), solista Teatru Wielkiego w Łodzi
21
Beata Fischer i Patryk Rymanowski (bas), solista Teatru Wielkiego w Łodzi

„Halka” w Teatrze Wielkim w Łodzi – fotorelacja.

„Halka” Stanisława Moniuszki w nowej odsłonie, o którą zadbał reżyser i scenograf w jednym, Jarosław Kilian.

Był to wzruszający, mistyczny, przepięknie zaśpiewany i urzekający wizualnie spektakl. Osadzony w realiach epoki Rzeczpospolitej szlacheckiej, jednak oryginalny i niesztampowy, nacechowany bogatą symboliką – zwłaszcza w scenie finałowej, która zostaje w pamięci na długo.

Dziękuję Artystom za wspaniałe kreacje na scenie i ciepłe przyjęcie za kulisami. Spotkania i rozmowy po spektaklach są dla mnie zawsze cennym źródłem wiedzy i radości.

Spektakl odbył się 27 stycznia 2017 roku.

Tamtego wieczoru zaśpiewali:

Halka – Agnieszka Kuk

Jontek – Dominik Sutowicz

Stolnik – Grzegorz Szostak

Janusz – Andrzej Kostrzewski

Zofia – Patrycja Krzeszowska

Dziemba – Patryk Rymanowski

Grała Orkiestra Teatru Wielkiego w Łodzi pod batutą Wojciecha Rodka.

51
Beata Fischer i Dominik Sutowicz (Jontek)
53
Beata Fischer i Agnieszka Kuk (Halka)