Miłość z wielkim konfliktem w tle. „Aida” w Teatrze Wielkim w Łodzi.

O łódzkiej inscenizacji „Aidy” można opowiedzieć w jednym słowie: spektakularna. Jednakże, to zdecydowanie zbyt duży skrót. „Aida” w reżyserii Marka Weissa-Grzesińskiego, zasługuje na znacznie więcej.

Powiem szczerze i otwarcie: nie lubię oper przeniesionych do czasów współczesnych. Po to chodzę do teatrów operowych, by zobaczyć na scenie coś więcej, niż realia otaczającej mnie codzienności. By oderwać się od „tu i teraz”. Łódzka „Aida” takie wrażenia wręcz gwarantuje.

Sam spektakl rozpoczyna się dość dziwnie. Bohaterowie, ubrani niczym żywcem wyjęci z „Ziemi obiecanej” prowadzą dialog na tle ogromnej, masywnej, żelaznej ściany. I tylko strój postaci Aidy świadczy o tym, że będziemy mieli do czynienia z historią rozegraną w Egipcie. Jedną z krążących hipotez jest taka, iż Radames, Amneris, etc. zwiedzają muzeum historii starożytnej, na wzór londyńskiego British Museum i zostają wciągnięci do świata eksponatów, który zaczyna żyć własnym życiem. Czy jest to przekonujący zabieg reżyserski? Dla mnie osobiście, nie do końca. Jednak talenty aktorskie i wokalne artystów, jak również przepiękne, bogato zdobione kostiumy, dość skutecznie odwracają uwagę od tego przedziwnego i nie do końca uzasadnionego przeskoku w czasie.

Dalej mamy już do czynienia ze scenerią typowo egipską. Monumentalne świątynie, wielkie posągi faraonów, pełne przepychu, pałacowe komnaty. Pojawia się nawet słoń naturalnej wielkości, na szczęście sztuczny. Widz może odnieść wrażenie, że ogląda hollywoodzką superprodukcję.
Co jeszcze bardziej uwiarygodnia muzyka – Verdi skomponował operę tak, by w każdej scenie dało się odczuć atmosferę patosu, wyjątkowości, majestatyczny zachwyt połączony ze wzruszeniem. Wzruszenia i porywy serca potęgowała orkiestra, poprowadzona przez Maestro Tadeusz Kozłowski , prawdziwego mistrza batuty w polskim środowisku operowym. Sam Verdi z pewnością przyznałby mi rację, że nikt nie potrafi tchnąć życia w jego muzykę tak jak właśnie Maestro Kozłowski.

Wzrusza też niewątpliwie główny wątek, miłosny trójkąt – dwie pełne pasji i wrażliwości kobiety, diametralnie odmienne osobowości, a jednak równie płomiennie zakochane w tym samym mężczyźnie. Obie bez reszty mu oddane, gotowe na najbardziej desperacki krok by wygrać jego miłość. W tych partiach świetne aktorsko i głosowo Monika Cichocka jako niewolnica Aida i Agnieszka Makówka jako Amneris, córka faraona. Niezwykle naturalnie wypada zwłaszcza Monika Cichocka, która potrafi połączyć piękny śpiew z rzadką dziś wśród śpiewaków umiejętnością ukazywania emocji za pomocą spojrzeń, mimiki, gestów, w bardzo wyważonych proporcjach i bez nadmiernej ekspresji, tak częstej dziś na scenach operowych i musicalowych. Amneris Agnieszki Makówki natomiast, jest bardzo władcza, impulsywna, chwilami bezwzględna i wręcz przytłaczająca swą osobowością. Jednak pod tą warstwą kryje się nadwrażliwa kobieta, która nie panuje nad własnymi emocjami.
Nieco gorzej wypada obiekt westchnień obu bohaterek – Luis Chapa w partii Radamesa, szlachetnego wojownika idealisty. Jest to tenor obdarzony pięknym, słonecznym głosem, o niemałym talencie aktorskim, jednak tym razem czegoś mi w jego wykonaniu zabrakło. Być może winę za ten stan rzeczy ponosi deficyt prób przed spektaklem i napięty grafik śpiewaka.
Na uwagę zasługują natomiast wykonawcy mniejszych partii, Patryk Rymanowski jako Faraon oraz Robert Ulatowski w partii arcykapłana Ramfisa. Obu panów słuchało się i oglądało z przyjemnością.

W tle historii miłosnej rozgrywa się wielki konflikt zbrojny Egiptu z Etiopią, ojczyzną tytułowej bohaterki. To właśnie ów konflikt staje się punktem odniesienia, który pokieruje losem trojga kochanków. Sytuacja Aidy zmienia się diametralnie gdy do niewoli egipskiej trafia jej ojciec. Od tamtej chwili każda decyzja, jaką podejmie, będzie dla niej zgubna.
Choć ostatecznie to sama Aida decyduje o swoim losie – po pojmaniu Radamesa i oskarżeniu go o zdradę przez władze Egiptu, zamiast ratować się ucieczką, bohaterka wybiera miłość. I tym samym, smierć. Postanawia zakończyć życie u boku skazanego, żywcem pogrzebanego ukochanego. Wspólnie śpiewają ostatnią arię w zamkniętym ciemnym, grobowcu, który w łódzkiej inscenizacji przypomina salę opustoszałego, starego muzeum, wypełnioną mrokiem, za szeregiem zmatowiałych szyb. Smierć w miłosnym uścisku – czy może istnieć piękniejsza? Niczym dwoje zmumifikowanych kochanków w Pompejach, na zawsze połączonych we wspólnej agonii.

To słodko-gorzkie zakończenie „Aidy” za każdym razem nasuwa refleksję, czy tak bezgraniczna miłość, gdy jedno nie może żyć bez drugiego, i to dosłownie, jeszcze istnieje, czy już jedynie na kartach historii, wybitnych dzieł literatury i w baśniowych opowieściach. Oraz w epickich filmach, który niewątpliwie przypomina łódzka „Aida”. Czy umieranie z miłości i dla miłości to już tylko archaiczna hiperbola, uczucie, z którym wśród współczesnych zawirowań utożsamiać się po prostu nie da? Czy miłość jest tylko dodatkiem, tłem do innych ważniejszych spraw i wydarzeń w naszym życiu, a nie siłą sprawczą, od której wszystko zależy? Czy współczesna Aida, postawiona przed wyborem: wolność i życie w samotności vs. miłość i smierć, nadal wybrałaby tak samo?

Spektakl odbył się 25 kwietnia 2018 roku.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s