Wielka gala w hołdzie wybitnej śpiewaczce. Inauguracja Drugiego Letniego Festiwalu Operetkowego na Wiśle im. Iwony Borowickiej w Krakowie.

„Oprócz nośnego głosu, świetnych warunków zewnętrznych, posiadała również umiejętność bycia na scenie. Posiadała klasę. Tego nie nauczy żadna szkoła, to trzeba mieć we krwi.” Tak pisano o Iwonie Borowickiej w „Przekroju” w 1984 roku.
Była artystką uwielbianą przez publiczność i wychwalaną przez krytyków. Znawca i popularyzator teatru muzycznego Bogusław Kaczyński traktował ją niemal jak boski, nadludzki byt. Jej głos, prezencja, osobowość sceniczna, charyzma i elegancja wzbudzają zachwyt do dziś, choć od śmierci Primadonny mija właśnie 35 lat.

By uczcić pamięć o Iwonie Borowickiej, krakowscy artyści już po raz drugi zorganizowali Letni Festiwal Operetkowy na Wiśle jej imienia. Sercem, mózgiem i duszą całego przedsięwzięcia jest Sybilla Borowicka, synowa słynnej primadonny. Osoba niezwykła, ciepła, o wielkim sercu, uwielbiana zarówno przez artystów, jak i melomanów. To dzięki niej operetka powraca na krakowskie sceny w swojej najlepszej, bo klasycznej formie. Galę wyreżyserował wielki pasjonat operetki, aktor i konferansjer Łukasz Lech, przy nieocenionym wsparciu przyjaciół – Sybilli Borowickiej oraz Jakuba Oczkowskiego. I naturalnie ją poprowadził, gdyż publiczność operetkowa, nie tylko w Małopolsce, ceni sobie nad wyraz merytoryczną, elegancką i zabawną konferansjerkę Łukasza Lecha. Tym razem na scenie towarzyszyła mu Grażyna Brodzińska, której obecność do końca trzymana była w tajemnicy. Krakowska publiczność miała zatem okazję po raz pierwszy podziwiać królową operetki w roli prowadzącej.

Festiwal rozpoczął się od uroczystej gali w gmachu Opery Krakowskiej przy ulicy Lubicz, gdzie niegdyś przez kilka dekad istniała i prężnie działała Operetka Krakowska. To właśnie na tamtejszej scenie Iwona Borowicka święciła największe triumfy.
Do udziału w gali zaproszono śpiewaków kilku pokoleń. Zarówno związanych stricte z operetką i operą, jak i z musicalem.
Wspaniale zaprezentowali się młodzi artyści teatrów muzycznych: Anna Lasota, która nie tylko olśniewa nieprzeciętną urodą, lecz również wzrusza anielskim sopranem (jej solowe wykonanie „Pieśni o Wilii” z „Wesołej Wdówki” Franza Lehara potwierdziło wszechstronność jej talentu) oraz doskonale odnajdujący się w musicalowym repertuarze baryton Jakub Milewski – prawdziwy kameleon na scenie, czy to w sentymentalnym monologu idealisty „Śnić sen najpiękniejszy ze snów” z „Człowieka z La Manchy”, czy w samochwalczej, pełnej czarnego humoru piosence „Kramu tego król” ze słynnych „Nędzników”. Drugi z tych utworów zaśpiewał w duecie z Bożeną Zawiślak-Dolny, gwiazdą Opery Krakowskiej, która mając w swoim dorobku artystycznym kreacje najsłynniejszych operowych bohaterek, z Carmen na czele, w krainie musicalu czuje się równie swobodnie. Bożena Zawiślak-Dolny odznacza się nie tylko wielką charyzmą i talentem, lecz także dużym dystansem do siebie, co nieczęsto można zaobserwować u śpiewaczek tej klasy. Kolejną solistką była Aleksandra Orłowska-Jabłońska, która w 2017 roku zachwyciła publiczność Opery Śląskiej kreacją Sylvii w „Księżniczce Czardasza”, a obecnie wykonuje partię Zuzanny w „Weselu Figara” na scenie Warszawskiej Opery Kameralnej. Tym razem powróciła do repertuaru operetkowego, w którym, co widać i słychać, jej głos czuje się dobrze i zaśpiewała m.in. „To właśnie ja, Lulu” z „Damy od Maxima”, operetki autorstwa polskiego kompozytora Ryszarda Sielickiego. Prawdziwą niespodzianką było pojawienie się Katarzyny Oleś-Blachy. Jej sopran koloraturowy uświetnił drugą, musicalową część koncertu w duecie Christine i Upiora z „Upiora w Operze” Andrew Lloyd Webbera. Obecność Łukasza Ratajczaka natomiast to prawdziwa gratka dla wielbicieli operetki w klasycznym wydaniu. Młody tenor odziedziczył po swych śpiewających rodzicach nie tylko piękny, dzwięczny głos, lecz także ogromną swobodę sceniczną i wręcz arystokratyczną nonszalancję. Na scenie nie mogło także zabraknąć Jakuba Oczkowskiego, od lat współpracującego z Łukaszem Lechem. Tenor o promiennym uśmiechu i szerokim repertuarze jest ulubieńcem publiczności. Błyszczy wręcz dosłownie, także swą spektakularną, estradową garderobą.
Gośćmi honorowymi koncertu byli artyści, którzy przez kolejne dekady królują na operowych i operetkowych scenach, a ich nazwiska obrosły już żywą legendą. Są nimi Krystyna Tyburowska i Jan Wilga, uwielbiani przez Bogusława Kaczyńskiego i inspirujący kilka pokoleń śpiewaków. Tego wieczoru oboje zostali uhonorowani srebrnym medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis, przyznawanym przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Solistom towarzyszyła Orkiestra Arte Symfoniko pod batutą Mieczysława Smydy, związanego z Krynicą i tamtejszym Festiwalem im. Jana Kiepury, gdzie od ponad 50 lat operetka przyciąga zakochanych w muzyce widzów jak magnes. Galę uświetnił także Balet Dworski Cracovia Danza oraz Chór Opery Krakowskiej.
Wszystko odbyło się w adekwatnej tematycznie scenografii, artyści wystąpili także w kostiumach, m.in. z „Wesołej Wdówki” czy „Nędzników”, dzięki czemu powstało widowisko atrakcyjne nie tylko muzycznie, lecz i wizualnie. Lekkie i przyjemne w odbiorze, dla widzów w każdym wieku.

Urozmaicony repertuar, duża liczba solistów, balet w tradycyjnych kostiumach, scena udekorowana kwiatami, dobrze poprowadzona orkiestra, błyskotliwa konferansjerka, to niewątpliwie przepis na udane rozpoczęcie festiwalu operetkowego. Bo operetka i musical mają przede wszystkim dawać radość, być kolorowym fajerwerkiem na szarym, pochmurnym niebie naszej codzienności. O taką formę zadbał Łukasz Lech i oby muzyka Lehara, Kalmana, czy Abrahama, pojawiała się w niej jak najczęściej.
Kolejne koncerty festiwalowe to już plener i barka na Wiśle, odpływająca spod Wzgórza Wawelskiego. A na pokładzie, co tydzień inni soliści i inne tematy muzyczne, co stwarza ciekawą możliwość uatrakcyjnienia sobie letnich wieczorów.

Reklamy

Koncert „Czar kolęd” w Krakowie. Fotorelacja.

Takie wieczory, przesycone niesamowitą, ciepłą atmosferą świąt białych, świetlistych, jak z wiktoriańskiej pocztówki, nie zdarzają się często. To dzięki kojącej muzyce, śnieg i zimowy chłód mniej doskwierają w naszej pędzącej w zawrotnym tempie codzienności i nabierają magicznego wymiaru. Bo czymże byłby okres świąt Bożego Narodzenia bez muzyki?

Utwory wykonane przez Magdalenę Pilarz-Bobrowską, solistkę o anielskim sopranie, zarówno w języku polskim, jak i angielskim, znane i mniej znane, wprawiły w nastrój zadumy, refleksji, nostalgii za celebrowaniem Bożego Narodzenia w czasach dzieciństwa, gdy życie wydawało się bajką. Piękne pieśni o tematyce zimowej każdym dzwiękiem malowały obrazy sielankowych, otulonych śniegiem pejzaży.

„O Holy Night” z polskim tekstem, a także „Have Yourself a Merry Little Christmas”, piosenka, słuchając której zawsze płaczę, czy przepiękna kolęda „In the Bleak Midwinter” skomponowana przez Harolda Drake’a do wiersza autorstwa Christiny Rosetti, czarowały, zachwycały i wzruszały. Wszystko to przeplatane poezją o tematyce, jakże by inaczej, bożonarodzeniowej, odczytanej przez prowadzącego koncert Łukasza Lecha.
Nie zabrakło też tradycyjnych polskich kolęd, w tym jednej z najstarszych – „Bóg się rodzi”, skomponowanej w rytmie poloneza. Jej rodowód sięga końca XVII wieku. Magdalena Pilarz-Bobrowska zaśpiewała wraz z chórem publiczności, która ochoczo do niej dołączyła. I tak oto, grupa zupełnych nieznajomych nagle poczuła się jak na rodzinnym spotkaniu.

Na fortepianie akompaniował angielski pianista, profesor Peter Bradley-Fulgoni. Jego niezwykłą wrażliwość interpretacyjną ukazały zwłaszcza instrumentalne wykonania polskich kolęd. Jedna z nich to „Nie było miejsca dla ciebie” – skomponowana w 1938 roku przez nowosądeckiego duchownego, ojca Józefa Łasia, była szczególnie popularna w Polsce okresu stanu wojennego, nazywano ją nawet „kolędą Solidarności”. 

Magii dodawało ciasne, lecz przytulne i świątecznie przystrojone wnętrze Księgarni Muzycznej „Kurant”, pełnej płyt i książek o muzyce, z przewagą muzyki klasycznej. 

Czas tamtego wieczoru płynął znacznie wolniej i spokojniej, pozwalając zatrzymać się na chwilę w pędzie życia, zasłuchać, odpocząć. Poczuć się znów dzieckiem i odnalezć w sobie radość z rzeczy małych. Zatęsknić za tym, co utraciliśmy. Przywołać najpiękniejsze wspomnienia. 

„Uśmiechnij się z Kiepurą” – fotorelacja. 52. Festiwal im. Jana Kiepury w Krynicy.

Niewątpliwą atrakcją Festiwalu im. Jana Kiepury w ostatnich latach jest happening pomysłu Łukasza Lecha pod tytułem „Uśmiechnij się z Kiepurą”. Każdego dnia festiwalu, o stałej godzinie, na krynicki deptak ciągną tłumy by podziwiać Jana Kiepurę, który wraz z małżonką Martą Eggerth, przeniósł się w czasie z dwudziestolecia międzywojennego, kiedy był u szczytu kariery i przyjechał do nich pięknym, zabytkowym samochodem.

To doskonały pomysł, by muzyka, nie tylko operowa, wyszła do ludzi. By stała się dostępna dla każdego, na wyciągnięcie ręki i nadstawienie ucha. W 2018 roku spotkania z legendarnymi Janem i Martą zostały uświetnione przez odwiedzających ich gości, a byli to m.in. Eugeniusz Bodo, Pola Negri, Jadwiga Smosarska, a nawet sam Marszałek Józef Piłsudski. To lekcja historii i edukacja muzyczna poprzez zabawę, wszystko oczywiście na żywo.

W role Jana Kiepury i Marty Eggerth wcielają się śpiewacy operowi. W tym roku muzycznych wrażeń przez cały tydzień dostarczali tenor Łukasz Gaj jako Jan oraz sopranistka Ewelina Szybilska jako Marta. Oboje są solistami m.in. Opery Śląskiej i Opery Krakowskiej, a prywatnie, podobnie jak słynna para śpiewaków – małżeństwem. Towarzyszyli im artyści polskich i zagranicznych teatrów muzycznych, m.in. Katarzyna Mackiewicz, Jakub Oczkowski czy Marcin Jajkiewicz. Grała Krynicka Orkiestra Zdrojowa pod batutą Mieczysława Smydy. Artystów swoim samochodem woził pan Władysław Płaczek, natomiast spotkania prowadził Łukasz Lech.

Dać się porwać czardaszowi. Koncert „Czardaszem przez Operetkę”. 52 Festiwal im. Jana Kiepury w Krynicy

A gdyby tak rzucić wszystko i… ruszyć do czardasza? O, jakże piękniejszy wydałby się wtedy świat!

Z takiego założenia wyszli organizatorzy i reżyser koncertu „Czardaszem przez operetkę” na 52. Festiwalu im. Jana Kiepury w Krynicy Zdroju. Koncert przygotował, wyreżyserował i poprowadził Łukasz Lech – wielki miłośnik operetki i popularyzator tej na pozór lekkiej i przyjemnej w odbiorze, a w rzeczywistości karkołomnie trudnej w wykonaniu, sztuki teatralnej.
Operetka to synteza teatru we wszystkich jego odcieniach – zatem to nie tylko muzyka i wokal, na których opiera się teatr muzyczny, lecz także taniec, choreografia, aktorstwo oraz humor. Bo przecież operetka powstała by cieszyć, wywoływać uśmiechy i dodawać szczypty koloru do szarości codziennej egzystencji.

Udało się to wszystko osiągnąć w koncercie „Czardaszem przez Operetkę”. Czardasze zdominowały krynicką scenę, wyselekcjonowane z dzieł operetkowych, takich jak: „Księżniczka Czardasza”, „Baron Cygański”, „Zemsta Nietoperza”, „Hrabina Marica”, „Wiktoria i jej huzar”.

Poza wykonaniami wokalnymi, w programie zabrzmiały także te instrumentalne – odtańczone przez Balet Cracovia Danza i Zespół Tańca Artystycznego „Miniatury”, a także zagrane na skrzypcach. Ich struny rozgrzał do czerwoności Bogdan Kierejsza, brawurowym wykonaniem Czardasza Montiego. To artysta, który wkłada w grę na instrumencie całą duszę i poświęca się jej bez reszty, a każdy jego występ jest prawdziwym widowiskiem.

Lecz czymże byłby koncert operetkowy bez znakomitych śpiewaków?
Katarzyna Mackiewicz to diva, o której powinni marzyć reżyserzy i do której powinna wzdychać publiczność. Gdy pojawia się na scenie, rzuca czar nie tylko przepiękną barwą głosu, lecz każdym gestem, spojrzeniem, ruchem tanecznym. Jej „Czardasz Rozalindy” z „Zemsty Nietoperza” wykonany solo, bez udziału baletu i statystów, był prawdziwą perłą. Czarną perłą, jak suknia artystki podczas tegoż wykonania.
Wiele dziewczęcego uroku i wręcz cygańskiej tajemniczości wniosła na scenę Ewelina Szybilska. Solistka Opery Śląskiej, zarówno w solowych wykonaniach, jak i w duetach, prezentuje się i brzmi wdzięcznie, naturalnie, subtelnie, kobieco. Jej przejmującą arię Saffi z „Barona Cygańskiego”, zaśpiewaną z talią kart w dłoniach, zapamiętam na długo.
Nie zawiedli także soliści. Tenor Jakub Oczkowski bez wątpienia w operetce czuje się jak ryba w wodzie. Obserwując swobodę jego scenicznych występów, nie sposób nie zauważyć, że artysta wówczas doskonale się bawi i w wir tej zabawy wciąga publiczność.
Tenor Łukasz Gaj jest już nieco bardziej wyważony i ekspresyjnie oszczędny w swych kreacjach scenicznych. Jednak prezentuje się bardzo dostojnie, elegancko i porusza się po scenie ze swoistym arystokratycznym szykiem.
W tym roku na Festiwalu im. Jana Kiepury debiutuje młody tenor Sławomir Naborczyk. Jego piękna barwa głosu, wielkie ambicje i zaangażowanie pozwalają żywić nadzieję, że usłyszymy go na jeszcze wielu krynickich festiwalach w nadchodzących latach.
Prawdziwą wisienką na torcie i prawdopodobnie najlepiej przyjętą przez publiczność parą wykonawców okazali się goście z Węgier – młodziutka Aisha Kardffy (rocznik 1999!) i Peller Károly, soliści Operetki w Budapeszcie. Ich widowiskowe wykonania arii w ich rodzimym języku, połączone z zapierającymi dech, wręcz akrobatycznymi popisami tanecznymi, podgrzały temperaturę w i tak już dusznym i gorącym wnętrzu Pijalni Głównej.

Całość poprowadził Łukasz Lech – serce i mózg tego koncertu, z towarzyszeniem Magdaleny Drohomireckiej. Podczas zapowiedzi wspominali Martę Eggerth, której to koncert został zadedykowany. Opowieści i anegdoty o żonie patrona festiwalu ubogaciły fragmenty archiwalnych nagrań z filmów i recitali z jej udziałem, wyświetlane na ekranie. Dzięki cudom współczesnej techniki, głos Marty Eggerth zabrzmiał dla krynickiej publiczności ponownie.
Zagrała orkiestra Wiener Solisten Orchestr pod dyrekcją Piotra Gładkiego.

Publiczność bez wątpienia dała się porwać. Po takim koncercie aż chciało się wstać i z radością ruszyć do czardasza. Bo, jak zaśpiewali artyści w finałowym utworze z „Księżniczki Czardasza”, „Joj maman”, „życie krótkie”, więc „precz ze smutkiem”.

W rytmach walca i czardasza. Koncert inauguracyjny Festiwalu Operetkowego im. Iwony Borowickiej.

Operetka krakowska wróciła do domu. Dosłownie, gdyż 7 czerwca 2018 roku w miejscu, w którym przed laty mieścił się teatr operetkowy w Krakowie – w sali nieistniejącego już Domu Żołnierza, gdzie obecnie stoi gmach Opery Krakowskiej, odbył się szczególny koncert. Koncert inaugurujący Pierwszy Letni Festiwal Operetkowy na Wiśle im. Iwony Borowickiej. Inicjatywa powstała dzięki współpracy Łukasza Lecha, Sybilli Borowickiej oraz Fundacja Quest, z miłości do operetki w jej klasycznym wydaniu i z tęsknoty do czasów, gdy teatr operetkowy zapierał dech przepychem inscenizacji i widowiskowością wykonań. 


Koncert rozpoczął się od występu samej Iwony Borowickiej – primadonny polskich scen operetkowych. Jej śpiew, liczne talenty i zjawiskowa osobowość artystyczna zainspirowały przed laty samego Bogusława Kaczyńskiego. Diwa ukazała się w wyświetlanym na wielkim ekranie, archiwalnym materiale wideo. Po chwili muzyka dosłownie wkroczyła na scenę dzięki Orkiestrze Obligato pod batutą Jerzego Sobeńko, która idealnie zawtórowała nagraniu. Arię Iwony Borowickiej kontynuowała artystka młodego pokolenia, Katarzyna Mackiewicz – Катажина Мацкевич soprano, z gracją i magnetyzmem godnym primadonny ze złotych czasów świetności operetki. To kolorowy ptak i prawdziwy fajerwerk wśród solistek. Każde pojawienie się tej fenomenalnej śpiewaczki na scenie wzbudza ogromny entuzjazm. I tym razem nie było inaczej. Scena tamtego wieczoru niewątpliwie należała do Katarzyny Mackiewicz, choć w koncercie wzięli udział liczni soliści z Polski i zza granicy, wywołujący wcale nie mniej emocji.
Wśród wykonawców tamtego wieczoru publiczność miała niewątpliwą przyjemność posłuchać Magdaleny Pilarz-Bobrowskiej, artystki operetkowej o imponującej sile głosu i wielkim temperamencie, pochodzącej z rodziny śpiewaków. Czardasze w jej wykonaniu to prawdziwe perły, podobnie jak duety z tenorami Jakubem Oczkowskim i Krystianem Krzeszowiakiem. Zaś jej interpretacja pieśni „Pokochaj mnie” z repertuaru Marthy Eggerth dostarczyła niezapomnianych wzruszeń.
W koncercie wzięli udział także doświadczeni soliści, już od kilku dekad po mistrzowsku interpretujący arie z najsłynniejszych operetek, ulubieńcy Bogusława Kaczyńskiego – Bożena Zawiślak-Dolny oraz Jan Wilga. Ich wspólny duet „Tłumy fraków” z „Księżniczki Czardasza” był najbardziej emocjonującym wykonaniem wieczoru. Para śpiewaków zachwyciła nie tylko śpiewem, lecz przede wszystkim aktorstwem. Z pewnością niejedno serce mocniej zabiło i niejedna łza popłynęła wśród publiczności.
Prawdziwym hitem okazała się natomiast para artystów z operetki w Budapeszcie, którzy wystąpili gościnnie. Barbara Body i Karoly Peller wykonali arie w języku węgierskim, m.in. znany i lubiany przebój „Ach jedz do Varasdin” z „Hrabiny Maricy” oraz dali prawdziwy popis umiejętności tanecznych i… akrobatycznych! Publiczność z pewnością nigdy wcześniej nie oglądała na polskich scenach tak brawurowych wykonań operetkowych, wymagających nie tylko głosu, lecz także wielkiej sprawności fizycznej i talentu komediowego. Węgierscy soliści potrafili nie tylko rozbawić, ale i wprawić w zdumienie. 

Koncert składał się z dwóch części: pierwsza upłynęła w rytmach walca, druga zaś – czardasza. Bogaty i urozmaicony program to zarówno popularne i uwielbiane arie operetkowe, m.in. z „Księżniczki Czardasza” czy „Hrabiny Maricy”, jak i te mniej znane, wśród których są chociażby „Wiktoria i jej huzar” Paula Abrahama. Pojawił się także musicalowy przebój „Przetańczyć całą noc” oraz nieznana dotąd pieśń, napisana specjalnie dla Iwony Borowickiej, której jednak artystka nie zdążyła wykonać przed śmiercią (zaśpiewała za to, z sercem i oddaniem sztuce wokalnej, Bożena Zawiślak-Dolny). 


O konferansjerkę na najwyższym poziomie zadbał wielki miłośnik operetki Łukasz Lech, który jest także autorem scenariusza i reżyserem koncertu. Jego zaangażowanie budzi podziw i szacunek, bo Łukasz Lech to człowiek sercem i duszą oddany scenie, artystom i muzyce. Słychać to i widać w każdym przygotowanym przez niego koncercie. Z ogromną korzyścią nie tylko dla wykonawców, lecz przede wszystkim dla publiczności. Bowiem po takich wydarzeniach kulturalnych, pełnych muzyki w jej najżywszych odcieniach, uśmiech na twarzy utrzymuje się długo, a serca biją w rytm walców i czardaszy. 

Koncert Magdaleny Pilarz-Bobrowskiej w Krakowie.

Krakowskie Bronowice kryją w sobie miejsca niezwykłe, gdzie czas płynie wolniej, codzienność zostaje daleko za drzwiami i rozbrzmiewa piękna muzyka z dawnych epok. Takim miejscem jest Cafe Caroline Kraków


10 maja 2018 roku w tej maleńkiej, ale bardzo klimatycznej kawiarence artystycznej, odbył się koncert Magdaleny Pilarz-Bobrowskiej (sopran), śpiewaczki operetkowej. To rzadkość, usłyszeć głos o tak imponującej sile w tak niewielkim pomieszczeniu i kameralnej scenerii. Mogłoby się wydawać, że całe Bronowice otrzymały w ten sposób muzyczną ucztę. Zabrzmiały bowiem najpiękniejsze arie ze znanych i lubianych operetek, takich jak „Hrabina Marica” czy „Księżniczka Czardasza”. Ale nie tylko, gdyż w programie koncertu pojawił się również lżejszy repertuar: utwory filmowe (ponadczasowy przebój „Moon River” Henry’ego Mancini) czy musicalowe („Memory” z „Kotów” Andrew Lloyd Webbera). 


Artystce na scenie towarzyszył tenor Jakub Oczkowski, który oprócz duetów operetkowych, wykonał także solo wzruszającą pieśń „Caruso” oraz „My way” (z polskim tekstem!) z repertuaru Franka Sinatry (a właściwie Claude’a Francois, belgijskiego wokalisty, który jako pierwszy w historii muzyki estradowej wykonał ten utwór). W tak bogatym programie, każdy meloman mógł znalezć coś dla siebie.
Koncert poprowadził, jak zwykle z humorem i lekkością, Łukasz Lech. 


Osobiście bardzo cenię sobie wydarzenia artystyczne, podczas których zanika dystans pomiędzy publicznością a śpiewakami. Można poczuć się raczej jak na kameralnym, wesołym przyjęciu, niż na koncercie operetkowym, w iście rodzinnej atmosferze. A tym samym móc podziwiać utalentowanych, doświadczonych artystów, dosłownie w zasięgu ręki. 

IMG_2406.JPG
Beata Fischer z Magdaleną Pilarz-Bobrowską i Łukaszem Lechem

Koncert „Kolędy na Trzech Tenorów” w Krynicy Zdroju.

Czy kolędowanie prawie miesiąc po świętach Bożego Narodzenia może być interesujące i przyjemne? Koncert zorganizowany, wyreżyserowany i poprowadzony przez Łukasza Lecha pokazał, że jak najbardziej. 


Nawiązując do tradycji koncertów świątecznych, śpiewanych przez trzech najsłynniejszych tenorów świata, Pavarottiego, Domingo i Carrerasa, zrodził się pomysł podobnego artystycznego wydarzenia w Polsce. I to w miejscu szczególnym – w Krynicy Zdroju, ukochanym uzdrowisku wybitnego polskiego tenora, Jana Kiepury. Za scenerię posłużyło pięknie oświetlone wnętrze kościoła, zaś wystąpili: Jakub Oczkowski, Alexander Martinez i Łukasz Gaj oraz orkiestra poprowadzona przez Mieczysław Smyda. Był to koncert rangi międzynarodowej, gdyż zabrzmiały kolędy, piosenki świąteczne i pastorałki w wielu językach: polskim, angielskim, niemieckim, łacińskim, a nawet meksykańskim. Chwilami wzruszająca, innym razem wesoła muzyka w nieznanych dotąd aranżacjach, dostarczyła publiczności wielu emocji. I chyba nie było ani jednej osoby, która wyszłaby z koncertu nieusatysfakcjonowana. 


Nagranie telewizyjne pojawi się na antenie w okresie nadchodzących świąt Bożego Narodzenia (grudzień 2018), a tymczasem, zachęcam do obejrzenia fotorelacji, będącej jedynie namiastką tego jakże niezwykłego wieczoru.